poniedziałek, 4 stycznia 2016

McIlhenny w bananach! Sos Tabasco Fruity&Fiery Habanero


Drodzy Czytelnicy, na początku życzymy Wam wszystkiego najostrzejszego w Nowym Roku! Spełnienia najskrytszych i najbardziej pikantnych marzeń... :)

Czas na pierwszą recenzję w tym roku. Cóż to będzie? Połączenie starego z nowym, istna fuzja przeszłości i przyszłości -  sos Tabasco Fruity&Fiery Habanero.

Tabasco! Któż z nas nie zna słynnego sosu z Avery Island, produkowanego z czerwoniuśkich jak lico wstydliwej panny papryczek tabasco fermentowanych przez trzy lata w dębowych beczkach? Klasyk nad klasyki, ceniony nie tyle za swoją ostrość (2500-5000 SHU – wersja klasyczna), o ile prostotę i wspaniały smak. Sami jesteśmy jego wiernymi fanami (jak również wersji z Habanero). Jednak czasy się zmieniają i najwyraźniej ktoś ze sławetnego klanu McIlhennych stwierdził, że konsumenci potrzebują czegoś nowego - oraz, nazwijmy to tak - nietuzinkowego. Skutkiem tej dzikiej burzy mózgów wypuszczono na rynek Tabasco Fruity&Fiery Habanero. Jest to jeden z czterech sosów-marynat z najnowszej limitowanej edycji tej marki. Oprócz niego w skład serii wchodzi jeszcze Sweet Chipole&Cola, Smokey Chipotle&Bourbon oraz Peppery Deep South Creole.
Ten tutaj gagatek ma, według producenta, największą moc rażenia (oznaczony jest trzema papryczkami, w końcu habanero, nie ma to-tamto!). Owocowość nigdy nie była nam w smak, ale nie jesteśmy przesądni.


W RĘCE

Zabierzmy się za skład. Jest długi jak kazanie, ale może przebrniemy.
Skład: woda, syrop glukozowo-fruktozowy, ocet, puree z mango (14%), cukier, oryginalny sos Tabasco Habanero (4,5%) (ocet, papryczki habanero, cukier trzcinowy, oryginalny sos Tabasco [ocet, czerwone papryczki, sól], sól, puree z mango (0,6%), suszona cebula, puree z banana, pasta pomidorowa, puree z tamarynowca, puree z papai (0,5%), przyprawy, czosnek, oryginalna miazga Tabasco (sezonowane czerwone papryczki, sól), puree z czosnku, skrobia, puree z cebuli, olej rzepakowy, oryginalny suszony aromat czerwonego Tabasco (0,4%) [czerwone papryczki, ocet, sól], oryginalne suszone papryczki Tabasco (0,2%) [czerwone papryczki, ocet, sól], zioła, kurkuma, sól.

O bogowie, było naprawdę ciężko. Ten sos to prawdziwa sosocepcja wśród tego typu produktów. Ilość słów „Tabasco” i „oryginalne” przekroczyła wszelakie dopuszczalne normy. Z drugiej strony, to niezły zakup – 4 markowe produkty w jednej butelce! Z trzeciej strony nieco martwi ilość cukru i wszelakich słodkości w tym sosidle, ale miało być 'fruity', right? Butla duża. Sos jest gęsty, wygląda treściwie (to zasługa tych wszystkich puree, dajemy głowę!) - ponadto cośtam w nim zachęcająco pływa (ani chybi zioła). Dozownika brak, ale ma to być również marynata, a w takim przypadku leje się dość hojnie. Degustacja!

W GĘBIE

Słodko. Milutko. Owocowo-czosnkowo (czujemy banana! z czosnkiem daje megaciekawy efekt!). I lekko kwaskowato. Dopiero po tych odczuciach przychodzi pora na ukochany kop kapsaicyny – i to w dodatku znienacka. Nie jest on jakiś niesamowicie intensywny, ale szczypie i piecze bardzo długo, naturalnie, na umiarkowanym poziomie. Być może zbyt szybko wzruszyliśmy ramionami w obliczu tej pozornie niewinnej słodkości. Uśpiło to naszą czujność, ale przyznajemy – nie jest to taki znowu cienki Bolek (jakieś 5,5/10 w osobistej skali Ostrożerców...). Odczucia smakowe są jak dla nas dość pozytywne, choć naszym zdaniem wyrazista słodycz tego sosu nieco przytłacza i zmniejsza jego użytkowość w naszej kuchni.

W GŁOWIE


Ten sos jest....ciekawym eksperymentem. Jest pierwszym tak wyraziście owocowym sosem, z jakim było nam dane się zetknąć. Owszem, na naszym stole goszczą produkty z dodatkiem puree z mango, papai czy banana, ale owoce nie stanowią w nich bazy smakowej, tylko łagodzą ostrość i sprawiają, że smak jest głębszy, wielopłaszczyznowy. Tutaj słodycz gra pierwsze skrzypce, dopiero później nadchodzi fala ostrości. Podobno można bawić się i tak... Do czego toto używać, jak już dopadniecie butelkę? Na pewno do kurczaka i indyka. Do białych, mało wyrazistych mięs pasuje idealnie – również jako marynata (+ dużo, dużo ziół!). Ponadto – o dziwo, tworzy bombową kompozycję z frytkami i ziemniakami w każdej postaci. Magia, po prostu magia. Wylizujemy talerze.
Podsumowując, jest to niezłe dziwadło wśród sosów. Fanom słodyczy i owocowości powinien się spodobać - fani papryki i dobrze przyprawionych sosów będą zawiedzeni. A fani Tabasco? Trudno rzec. Sami się za takowych uważamy - i mamy w tej kwestii bardzo ambiwalentne uczucia. Jak na taką markę - mogli się nieco bardziej postarać i lepiej dopracować ten produkt. 

Plamy jednak na honorze nie ma, ba, nawet przez moment przeszło Nam przez myśl, czy nie sprowadzić tego jako ciekawostkę do naszego sklepu BĘDZIE PIEKŁO, ale na razie pałamy umiarkowanym entuzjazmem. Czas pokaże. 

Dla zainteresowanych, całość kolekcji Tabasco prezentuje się tak:
W naszym sklepie na ten moment możecie spróbować Tabasco Sweet Chipotle&Cola [klik]
{recenzja nadchodzi!}



Ocena ogólna:
 Smak:
Ostrość:


niedziela, 20 grudnia 2015

Śledź w sombrero! Pikantna meksykańska sałatka śledziowa z jalapeno.

Dzisiaj mamy dla Was coś w świątecznym klimacie – a mianowicie - ŚLEDZIE. No cóż, jaki jest śledź, każdy widzi. Nam nieco zbrzydły te wszystkie rolmopsy, sosy śmietanowe i tak dalej - wszystko wtórne, jak śledź z olejem. Tradycja tradycją, ale nuda w kuchni nigdy nie była naszą mocną stroną Mocy... :) Jeśli Wy też macie ochotę na odczarowanie tej ryby, zapraszamy do spróbowania ciekawej wariacji - śledź a'la Meksyk!


Meksykańska sałatka śledziowa z jalapeno i pepperoni

Składniki:
4 duże filety śledziowe (najlepiej z zalewy octowej)
1 średnia cebula
puszka kukurydzy
puszka fasoli czerwonej
mały słoiczek marchewki z groszkiem (konserwowych, około 150-200g)
dwa duże ząbki czosnku
3 papryczki pepperoni
3 papryczki jalapeno
2 łyżki oliwy z oliwek
łyżka suszonego oregano
łyżka suszonej bazylii
łyżeczka papryki słodkiej, pół łyżeczki czarnego pieprzu
sól do smaku
sos Encona Hot Pepper Sauce do smaku [KLIK]

Sposób przygotowania:

Filety kroimy na drobne kawałki, przekładamy do miski, dodajemy posiekaną drobno i sparzoną wrzątkiem cebulę i czosnek oraz drobno pokrojone papryczki pepperoni i jalapeno; dodajemy łyżkę oliwy, mieszamy i odstawiamy na pół godziny w chłodne miejsce.
Do osobnej miski wrzucamy fasolę, marchewkę i groszek, dodajemy przemacerowane śledzie z papryką, pozostałą oliwę, zioła i wszystkie przyprawy. Mieszamy dokładnie i doprawiamy solą wedle uznania. Bardzo polecamy dorzucenie łyżeczki Encony Hot Pepper. Tak "do smaku", fajnie pracuje ze śledziem :)
Wstawiamy do lodówki na 3-4 godziny, żeby składniki dobrze się przegryzły.
Potem już tylko zajadamy :)


Smacznego!


czwartek, 17 grudnia 2015

Zamiast świątecznego kominka...Encona West Indian Hot Pepper Sauce


Encona, tak. Tym razem na warsztat wzięliśmy producenta europejskiego – a konkretnie pochodzącego z Wielkiej Brytanii. Jeśli chodzi o Kuchnie Świata w Europie, UK wiedzie prym w produkcji praktycznie wszystkich przysmaków kuchni indyjskiej, orientalnej, dalekowschodniej – i oczywiście, ostrych sosów. Głównym powodem tego stanu rzeczy jest długa (i krwawa) kolonialna przeszłość, oraz, nie ukrywajmy, mocno multikulturowe społeczeństwo zamieszkujące aktualnie Wyspy. W stajni Encony znajduje się całkiem pokaźna ilość sosów - do tej pory naliczyliśmy 13 pozycji. Są one inspirowane różnymi regionami świata – Ameryką, Azją, Karaibami, Dalekim Wschodem, Afryką... Jasne, trochę tego jest, wszystko to ładne i cieszące oko różnorodnością, ale czy warto się wybierać w taką podróż? Pakujmy więc manatki i sprawdźmy na własnej skórze.
Ahoj przygodo!


W RĘCE

Odkręćmy. Pierwsze sztachnięcie mówi nam, że to sos idealny na pobudkę. Polecamy śpiochom. Wita nas mocno octowa papryka, która wwierca się NATYCHMIAST głęboko w nasze nozdrza, dociera do mózgu, który dostaje z liścia, a potem wraca, kopiąc dyskretnie ślinianki. No dobra, mało dyskretnie. Po dwóch sekundach ślinimy się jak psy Pawłowa. Konsystencja jest dość rzadka, lejąca się, choć zdecydowanie widać kawałki papryki i innego dobra. Nieszczególnie cieszy nas brak dozownika, ale w sumie sos nie należy do tych ekstremalnych, żeby trzeba było odmierzać go kropelka po kropelce. Ponadto ma ładny, intensywnie pomarańczowy kolor. Wygląda naturalnie, ale dla pewności przejdźmy do składu. Nasz ostry przyjaciel ma w sobie następujące składniki: mieszankę papryczek (64%) [papryczki habanero, scotch bonnet, sól, regulator kwasowości: kwas octowy], woda, regulator kwasowości: kwas octowy, sól, cebula, gorczyca, skrobia modyfikowana kukurydzana, stabilizator: guma ksantanowa. Całkiem, całkiem przyzwoicie. Żadnych sztucznych barwników ani smakowitych poprawiaczy ostrości (zabronionych przecież w UE!). Jeśli chodzi o paprykę, skład mieszanki wygląda obiecująco. Łyżki w dłoń i testujemy!

W GĘBIE

Kwaśno. O dziwo, nie jest to kwaśność typowo octowa, tylko bardziej...hm, wydaje się, że pochodząca z papryki? Ciężko orzec. Jest w niej pewna nutka cytryny, której przecież nie ma w składzie! Ciekawe. Druga rzecz, w sumie łącząca się z pierwszą: paprykowo. Bardzo, bardzo paprykowo. Ten sos właściwie to papryką stoi. Przy okazji jest mało słony, więc nic nie tłumi smaku, który utrzymuje się dość długo. Ostrość? Przy sporej ilości naraz lekki rumieniec wstępuje na nasze piękne blade lica, ale nie ma on większego związku z bólem. Ogrzewa od środka, pali przyjemnie, ale umiarkowanie, więc nasze jelita i żołądki oddychają z ulgą (od czasu do czasu trzeba). Czujemy się jak przy świątecznym kominku, śnieg za oknem, wieje, a tutaj cieplutko, nawet delikatnie przypieka - tylko tym razem od wewnątrz :)

W GŁOWIE

Pierwsze spostrzeżenie: dobrze złożony. Prosty, nieskomplikowany skład dający całkiem niezły efekt. Ten sos ma zdecydowanie więcej smaku niż palącej, czystej ostrości. To taki produkt codziennego użytku: na kanapkę, do pizzy, pieczonego kurczaka czy frytek, nawet w większych ilościach. Mocno uniwersalny, nie pogryzie się z żadną potrawą, która potrzebuje odrobiny pikanterii. Nas urzekł właśnie taką prostotą. Butelka jest spora, choć u nas kończy się szybko, ponieważ jedno z nas, Ostrożerców, jest od tego sosu uzależnione w bardzo poważny sposób i dodaje go do WSZYSTKIEGO :) Momentami irytuje brak dozownika, ale to nic, ewentualnie więcej radości (albo konwulsji ze strony współjedzących). Podsumowując, wyspiarze całkiem nieźle sobie poradzili, udowadniając tym samym, że znają się na ostrych rzeczach wcale niezgorzej niż Amerykanie. Brawo.


Gdzie kupić? Oczywiście na BĘDZIE PIEKŁO!



Ocena ogólna
Smak
Ostrość



poniedziałek, 30 listopada 2015

Chillout z Misiem. Czarny Kot prezentuje: Bernard z chili.

Tym razem, Proszę Państwa, bierzemy się za zupełnie nowy dział – OSTRE alkohole. Na pierwszy ogień – Bernard z chili. Przez ostatnie lata browary kraftowe wyrastają jak grzyby po deszczu zasypując rynek nowymi wynalazkami, z coraz to ciekawszymi składnikami :) Czarny Kot z Radomia postanowił zaryzykować z dodaniem chili do swojego piwa (niestety, nie pochwalili się, jakiego konkretnie). Bernardy zawsze znane Nam były jako całkiem niezłe piwa, takoż ochoczo przystąpiliśmy do testów.

W RĘCE

Przyjrzyjmy się składowi. Głośni on tak: Piwo jasne pasteryzowane. Skład: woda, słód jęczmienny, chmiel, wyciąg z papryczki chili. Alkohol 5,5% obj. Możliwy osad naturalnego surowca!
Okej. Wyciąg z papryczki chili? Wygląda niewinnie...ale lampka ostrzegawcza w naszych mózgach rozjarza się lekko. Podejrzanie dużo takich 'wyciągów' niezbyt dobrze działa na ostateczny kształt produktu... Nie sądźmy jednak piwa po etykiecie! (całkiem niezłej zresztą). Empiryzm to jedyna słuszna droga poznania, więc chwyćmy za otwieracz i pokal (full profeska, a jak!).


W GĘBIE

Piana utrzymuje się krótko, nie jest gęsta, typowa dla lagerów i innych lekkich jasnych piw. Kolor słomkowy, jasny, lekko mętny. W zapachu absolutnie nie czuć chili, ale też nie jest to typowy zapach piwa; jest w nim coś delikatnie orientalnego. Przejdźmy do smaku.
Na początku piwo jest zaskakująco zwykłe; lekko słodkawe, mało chmielowe, proste i nieskomplikowane – ot, lekki i przyjemny lager. Potem okazuje się jednak, że producent nie pomylił etykiet i mamy do czynienia z piwem z chili. O bogowie. Pieczenie zaczyna się bez ostrzeżenia i utrzymuje się na umiarkowanym, irytującym poziomie. Niestety, na dłuższą metę jest męczące (choć po jakimś czasie człowiek się przyzwyczaja), bo nie niesie ze sobą większego smaku – w końcu 'wyciąg z papryczki chili', który widnieje w składzie – to prawdopodobnie nic innego, jak kapsaicyna, drodzy Państwo. Zabronione jest dodawanie czystej kapsaicyny do produktów (w obrębie UE), ale można ją przemycić w tymże nieszkodliwym 'opakowaniu'. Nie ma to jednak większego sensu, bo najpierw trzeba by zbudować jakiś smak, który można by nią wzmocnić – tutaj mamy łagodność i prostotę, a to słaba podpora. Zdecydowanie lepiej taki dodatek sprawdziłby się w ciemnym piwie typu porter albo dark ale, bo fajnie mógłby wydobyć ich aromat i skomponować się mocą. Naszym zdaniem jednak lepszy efekt dałoby dodanie do procesu produkcji jakiejś ciekawej papryki, np. tabasco lub pimento :)

W GŁOWIE

Jako piwo dla koneserów gatunków i wszelakiego kraftu jest to produkt zupełnie przeciętny i z czystym sumieniem można go sobie odpuścić. Dla Ostrożerców i wszelakich chiliheadów będzie to po prostu ciekawostka. Można spróbować, ale nie oczekujcie fajerwerków. Sama ostrość to przecież nie wszystko :)


Gdzie kupić: spróbujcie we wszelakich Alkoholach Świata. Ten pochodzi z Chmielaków Krasnostawskich. W zwykłym spożywczaku raczej go nie uświadczycie, ale kto wie (no chyba, że jesteście z Radomia :)).


wtorek, 24 listopada 2015

W poszukiwaniu słońca: kurczak z pieczonymi warzywami w gruzińskim stylu

Dziś rano przywitał mnie na trawie spodziewany, aczkolwiek niechętnie witany gość: śnieg. Z zimnem nie lubimy się za bardzo, postanowiłam więc, że koniecznie trzeba się nieco rozgrzać... 

Tak powstał inspirowany gruzińskimi aromatami kurczak z pieczonymi warzywami. Samo mięso jest intensywnie pikantne i ma wspaniały, dymny aromat, dzięki dodatkowi adżiki i wędzonej papryki, którą szczerze uwielbiam. Zupełnie nie ma jej co porównywać do standardowej czerwonej papryki dostępnej w supermarketach... 
Papryka wędzona, jak sama nazwa wskazuje, przed samym suszeniem przechodzi przez proces wędzenia, który niesamowicie ją aromatyzuje. Mogłabym ją z czystym sumieniem sypać do wszystkiego, ale nie chcę, żeby mi się za szybko znudziła ;) 
Adżika jest natomiast bardzo ciekawą przyprawą pochodzącą z terenu Kaukazu, której silny aromat od razu kojarzy mi się pieczonym kurczakiem albo ziemniakami. Mocno intensyfikuje smakowo mięso. Większość jej składu stanowią dość pikantne rzeczy (duuużo chili we wszelakich postaciach!), więc idealnie tutaj pasuje. Warzywa natomiast zostały dość hojnie potraktowane klasyczną Chmeli Suneli, gruzińską przyprawą ziołową, która fantastycznie wydobywa ich aromat. Jeszcze tylko garść orzechów i 'jesteśmy w domu', choć szczerze mówiąc, wolałabym być teraz gdzieś na Bałkanach :)
Oczywiście do podania „troszeczkę” ( cudzysłów jest zamierzony, ponieważ to się nigdy nie kończy na „troszeczkę”!) harissy, jeśli jeszcze komuś za mało ostrego. Alternatywnie polecam ajwar, czyli bałkańską pastę z papryki i bakłażana - dużo bardziej łagodny, ale sprawdzi się idealnie w tych klimatach.

Gruzińskie wino obowiązkowe!
Jakoś od razu cieplej się zrobiło... :)

Kurczak z pieczonymi warzywami w gruzińskim stylu

Poziom trudności: banalne!
Poziom ostrości: ***/****

Składniki:
(dla dwóch osób)
  • pół średniej wielkości bakłażana
  • 1 czerwona papryka
  • 1 duża cebula
  • 7-8 średniej wielkości pieczarek
  • duży ząbek czosnku
  • 2 łyżki dobrej oliwy
  • 500 g piersi z kurczaka pokrojonej w kostkę
  • garść drobno posiekanych orzechów włoskich
  • 1 duża łyżka przyprawy Adżika
  • 1 łyżeczka wędzonej słodkiej papryki (lub ostrej, w zależności od poziomu ostrości, jaki chcemy uzyskać)
  • 1 duża łyżka przyprawy Chmeli Suneli
  • sól, pieprz

Do podania:
Te wyjątkowe przyprawy i sosy możecie teraz kupić w naszym świeżutkim i ostrym sklepie internetowym BĘDZIE PIEKŁO! Serdecznie zapraszamy, dla nowych klientów rabat 10% na wszystko! :)


Sposób przygotowania:


Warzywa myjemy, z papryki wycinamy gniazdo nasienne, wszystko kroimy w grubą kostkę (3-4cm), pieczarki kroimy na ćwiartki, wrzucamy do dużej miski. Obieramy czosnek i siekamy go drobno, dodajemy do warzyw. Przyprawiamy pieprzem, solą i Chmeli Suneli. Polewamy oliwą, mieszamy, żeby wszystko było równomiernie pokryte przyprawami.

Kurczaka pokrojonego w kostkę wkładamy do miseczki, przyprawiamy solą, pieprzem, papryką i Adżiką. Mieszamy, następnie dodajemy go do miski z warzywami, mieszamy. Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni, warzywa z kurczakiem przekładamy do natłuszczonego (np. oliwą) naczynia żaroodpornego, posypujemy posiekanymi orzechami i pieczemy pod przykryciem 30 minut. Po tym czasie ściągamy przykrycie i dopiekamy jeszcze 15 minut (termoobieg).
Podajemy z harissą lub ajwarem :)




Smacznego!

piątek, 20 listopada 2015

Oj, BĘDZIE PIEKŁO...

Tak! Wreszcie się udało! :) Z dumą zapraszamy do naszego sklepu internetowego www.bedziepieklo.pl Znajdziecie tam naprawdę OSTRE rzeczy - sosy, aromatyczne mieszanki przypraw oraz różne dziwne produkty Kuchni Świata. Asortyment stale się powiększa... :)
Zachęcamy do zajrzenia - i eksperymentowania! :)

Pozdrawiamy i życzymy OSTREGO dnia! :)


wtorek, 10 listopada 2015

Podaj mi musztardę, milordzie. Na talerzu Colman's, czyli brytyjska klasyka w żółci

[Moi drodzy, wybaczcie niewielką przerwę w dostawach recenzji ostrych rzeczy! Zawirowania te spowodowane są naprawdę nielichą sprawą – Ostrożercy otwierają sklep internetowy! Wiąże się z tym cała masa papierologii (nie wspominając już o sanepidzie...nie, naprawdę, NIE MÓWMY O TYM), ale już bardzo-bardzo niedługo będzie można nabyć całą masę przecudownych rzeczy piekących w obie strony (bardziej lub mniej ;)). Trzymajcie kciuki!

A teraz, coś na deser po obiedzie. Musztarda, oczywiście. I to jaka!]

Colman's. Oto marka z historią, prosto z nieskazitelnie białych rączek angielskich tradycjonalistów. W zeszłym roku firma ta skończyła, bagatelka, 200 lat – i ma się całkiem dobrze (oprócz tego, że należy aktualnie do koncernu Unilever). Na ten moment jest jedną z najstarszych marek spożywczych na świecie. Intensywnie żółta musztarda w charakterystycznym opakowaniu to jej pierwszy produkt i zarazem swoisty znak rozpoznawczy – doczekała się nawet własnego muzeum! (w Norwich, jakby ktoś był zainteresowany) Degustacja jej to trochę jak podróż w czasie – między innymi dzięki temu, że słoiczek jest mocno retro (co jakiś czas wychodzą edycje limitowane z przeróżnymi cudnymi grafikami). Ponadto, receptura podobno ta sama od dwóch setek lat. To trochę zobowiązuje.
No dobrze, dobrze, już się nachwaliłam, teraz czas na testy organoleptyczne.


W RĘCE

W życiu nie widziałam tak intensywnie żółtej musztardy. No cóż, z jednej strony jest to główna cecha rozpoznawcza jej 'gatunku' – musztardy angielskiej, która uznawana jest za jedną z najostrzejszych na świecie. Takie opisy zawsze mnie prowokują, nie mogłam więc i tej koleżance przepuścić. Lećmy do składu. A więc: woda, sproszkowana gorczyca (21%), cukier, sól, mąka pszenna, kurkuma, kwas cytrynowy. Aha! Już wiadomo, skąd ten piękny kolorek. Kurkuma. Poza tym, nic szczególnie paskudnego ani oryginalnego. Żadnych tajnych składników (może i lepiej...). Konsystencja jest dość gęsta, to pewnie zasługa dodatku mąki. Zapach obiecujący, ostry, typowo musztardowy - aż wierci w nosie :) Zajadajmy więc, milordzie!

W GĘBIE

Słodko, może lekko kwaśno – i jak na musztardę – wow, jest ostro! Duża łyżeczka potrafi wywołać intensywny atak kaszlu i swoiste „zatkanie”. Brytyjczycy naprawdę potrafią wycisnąć z gorczycy to, co najostrzejsze. Całość jest mało octowa w porównaniu do innych musztard (np. dijońskich → KLIK), zdecydowanie dominuje typowy, gorczycowy aromat. Jak dla mnie jest może nieco zbyt gęsta i ciężka, ale to nie ma większego znaczenia dla ogólnego wrażenia. Pod koniec nieco mączna w smaku, co średnio mi się podoba. Za to pomaga przy jesiennym katarze, serio, polecam. W dużych ilościach doprowadza do wzruszeń – w inny sposób niż sosy oparte na papryczkach, ale spłakać też się można.

W GŁOWIE

Musztarda Colman's. To zdecydowanie kultowy produkt. Ciężko powiedzieć o nim coś złego, oprócz tej nieszczęsnej, „podrasowanej” mąką konsystencji, którą również nieco czuć w smaku... (w sumie, cieszę się, że to mąka, a nie inne cholerstwo!). Tak czy siak, zdecydowanie trzeba jej spróbować ze względu na naprawdę jedyny w swoim rodzaju smak i wygląd. Tak jak tradycyjnego angielskiego śniadania (przypominam: bekon, jajka, fasolka w słodkim sosie pomidorowym, kiełbasa, czasem frytki. No i do tego nieśmiertelny 'brown sauce', który mnie osobiście przyprawia o ciarki obrzydzenia...). Zdecydowanie najlepsza będzie do ciężkich, tłustych mięsiw, ale tak naprawdę, to jest mocno uniwersalna (jak to musztarda). Sosy, kanapki, zupy, wszelakie przekąski. Duży plus za ostrość. I hipnotyzujący kolor, który na szczęście jest efektem dodania znacznych ilości kurkumy, a nie jakiegoś piekielnego syntetycznego barwnika spożywczego. Całość znacząco różni się od musztard, które znamy z polskich półek, co może być dla bardziej konserwatywnych smakoszy pewną przeszkodą. Do mojego słowiańskiego podniebienia przypadła w umiarkowanym stopniu; nie jest to must have w kuchni - raczej przyjemna odmiana, choć fani znacznej ostrości powinni mieć ją na uwadze. Na pewno znakomicie się nada do wszelakich dań kuchni brytyjskiej (o ile taka w ogóle istnieje.. ;) )


Long live the Queen!



By Ostrożerczyni.