Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do mięsa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do mięsa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 stycznia 2017

Sos Poego, Zły-brat bliźniak i Czarna Wdowa. Druga odsłona mrocznej strony sosów od Grim Reaper Foods!

Oto kolejna odsłona Testu Marki Grim Reaper Foods (UK). W poprzednim poście, który możecie przeczytać TUTAJ zajęliśmy się nieco łagodniejszymi sosami. Teraz czas na coś bardziej hardkorowego.

The Raven

Skład: Ocet z cydru, czerwone papryczki, woda, papryka Skorpion (10%), papryka Chipotle, cebula, ziarna gorczycy, czosnek, limonka, sól, kwas cytrynowy.
W RĘCE: Automatyczne skojarzenie z „Krukiem” Edgara Alana Poego jest tutaj jak najbardziej trafne i zamierzone. Na buteleczce (swoją drogą, wszystkie butelki sosów Grim Reaper Foods są dość błyszczące i całkiem nieźle się prezentują. Jeszcze z takim etykietowaniem się nie spotkaliśmy – choć i tak naszym faworytem w kategorii Etykieta jest sos Jak Jekel Jak Frost Winter Cinnamon, jego etykieta jest po prostu piękna!) widnieje dumnie kruk, a pod nim napis „Nevermore”, czyli ewidentnie producent puszcza oczko do miłośników starych horrorów ;) (a może również sugestia, że jedno spróbowanie tego sosu wystarczy nam dokumentnie?) Wróćmy jednak do samego sosu. Połączenie Skorpiona z Chipotle i ziarnami gorczycy ma, według producenta, być wprost stworzone na grilla i do burgerów, steków oraz wszelakiego mięsiwa. Nie jest to klasyczny sos BBQ, raczej ciekawa wariacja. Sprawdźmy.

W GĘBIE: Ten sos pachnie wędzonym mięsem. Coś pomiędzy wędzonym kawałkiem szynki a bekonem (to za sprawą chipotle). Zaraz potem czuć jakąś słodycz, ciężko stwierdzić jakiego pochodzenia, ale bardzo przyjemną. Jest bardzo gęsty i widać w nim ziarna musztardy oraz pływające przyprawy. Smak: na początku jest dość kwaśno, limonkowo, ale sekundę później robi się słodko-dymnie i przyjemnie. To jednak nie koniec – na samym końcu czai się kop ostrości, z bardzo fajnym, chipotlowym wykończeniem. Ostrość jest na poziomie dość intensywnym, nie morderczym, ale przyjemnie palącym. Niekoniecznie dla początkujących, bo ma dość uporczywą moc, to taki sos z opóźnionym zapłonem. Plus za ziarenka musztardy, lubimy jak coś nam chrupie, nadają też fajnego posmaku.
W GŁOWIE: The Raven to całkiem niezła kompozycja. Wyobrażaliśmy sobie sam sos nieco inaczej, w sumie zlikwidowalibyśmy początkową kwasowość, ale nie jest to jakieś rażące. Fajnie, że to sos wielopoziomowy smakowo. Plus za piękny zapach i dymny smak na wykończeniu. Naprawdę nada uroku mięsu i wymyślnym burgerom, choć my lejemy go na nawet najbardziej ordynarne kanapki z szynką. To chyba jeden z naszych ulubionych.

Poziom ostrości:

Ocena ogólna: 

Jekyll or Hyde...You Decide

Skład (sos): Czerwone papryczki, ocet z białego wina, woda, papryka chipotle 5%, golden syrup, czerwona cebula, czosnek, sól, olej, kwas cytrynowy
Skład (Elixer 13): oleożywica z papryki o mocy 500 000 SHU

W RĘCE: Jekyll or Hyde to bardzo dziwny sos. Bo jest to sos, którego ostrość samodzielnie ustalasz. Malutka buteleczka z oleożywicą, która jest dołączona do większego sosu pozwala Ci dodać większego kopa, jeśli masz na to ochotę. Po prostu dozujesz i mieszasz. Elixer 13 można też używać samodzielnie, ale tylko w rozcieńczeniu – żartownisiom kiełkują już w głowie dziwne pomysły z drinkami i herbatką z prądem....(tylko ostrożnie!) Smaku oleożywicy nie będziemy oceniać, weźmy się za sam sos-bazę. Skład ma potencjalnie mało zabójczy, za to ciekawi dodatek golden syrupu – czyli bardzo słodkiego syropu cukrowego o złocistej barwie i karmelowym smaku. Może być to niezła baza do marynaty. Testujmy.
W GĘBIE. Sos – jak wszystkie sosy tej marki – jest bardzo gęsty. Widać pływające w nim kawałeczki papryki. Zapach jest bardzo przyjemnie wędzony, głęboki. W smaku jest niezwykle wędzony, słodkawy z lekko kwaskowatym wykończeniem, po rozgryzieniu ziarenka robi się też dużo bardziej pikantny. Autentycznie czuć w nim wędzoną paprykę. Sam sos też można określić tym słowem: pikantny. Rozgrzewa, ale krzywdy nikomu nie zrobi.... Zrobiliśmy jednak eksperyment i dodaliśmy 3 krople oleożywicy do łyżeczki sosu Jekyll or Hyde. Pachnie zdecydowanie bardziej słodko, tak samo smakuje – pojawiła się w nim pewna słodycz, ale być może nawet nie zdążycie jej poczuć bo ten sos zaczyna BEZLITOŚNIE PALIĆ. Uwaga na kiszki, żołądki i błony śluzowe. Ból jest długi, intensywny i bezlitosny, w końcu to oleożywica.
W GŁOWIE: Puff. Ten sos jest naprawdę potencjalnie niebezpiecznie ostry. Wszystko zależy jak zwykle od dawki, ale polecamy dawkować z umiarem. Fakt, że to może być dobry pomysł przy wzroście tolerancji na ostrość – kiedy czujesz, że przestaje Cię palić, po prostu dozujesz więcej oleożywicy. Proste i genialne. Sam sos jest całkiem niezły smakowo i zagra z każdym czerwonym mięsem oraz jajkami czy pizzą.

Poziom ostrości:  do

Ocena ogólna: 

Sos Evil One

Skład: czerwona papryka, ocet z cydru, papryka Scotch Bonnet (15,5%), cebula, pomarańcza, cytryna, papryka Naga Jolokia (3%), marchewka, cukier, czosnek, oleożywica z papryki, sól morska
W RĘCE: Evil One to najbardziej nagradzany sos od Grim Reaper i chyba w sumie ich flagowy produkt. Dodajmy, że praktycznie najostrzejszy (nie licząc ekstraktów, których zdecydowanie nie będziemy tutaj testować, gdyż mogłoby się to źle skończyć). Evil One to sos oparty na papryce Scotch Bonnet – z niewielką nutką Jolokii. Nie brzmi tak ostro, prawda? I pewnie taki piekielny by nie był, gdyby nie dodatek oleożywicy z papryki. Zapewnia ona niezapomniane wrażenia smakowe, Ciekawi dodatek pomarańczy i baza z czerwonej papryki. Może być intensywnie.
W GĘBIE: Sos pachnie bardzo paprykowo, z lekką nutką octu z cydru i jakiejś nieodgadnionej słodkości, lekko cytrusowej (pomarańcza?). Jest gęsty, intensywnie czerwony i jak wszystkie sosy od Grim Reaper Foods – nie posiada dozownika (głównie przez drobinki papryki). Jemy. Na początku uderza delikatna słodycz, nie cukrowa, ale właśnie paprykowo-owocowa, przyjemna. Trwa ona jednak tylko sekundę lub dwie, gdyż zaraz dopada nas MOC. I właśnie MOC w tym sosie jest zdecydowanie silna – pierwsze uderzenie jest piorunujące i wszechogarniające, ale później ustępuje długotrwałemu i przyjemnemu paleniu. Jak dla Nas w sosie tym zadziwiająco wyraźnie czuć Nagą Jolokię – i jej specyficzny, metaliczny posmak. Plus za obecność drobinek papryki, choć lepiej uważajcie przy rozgryzaniu tychże ;)
W GŁOWIE: Evil One to nie tylko nazwa – to idealny opis tego sosu. Niby przyjemnie kusi składem, ale jest bezlitosny, jeśli chodzi o palenie – istny sos Samo Zło ;) Nie polecamy początkującym, ale zaawansowani zjadacze ostrości na pewno go polubią i docenią. Sama kompozycja jest naprawdę przyjemna, ale sos jest z gatunku „po kropelce”. Producent nie określa poziomu SHU dla swoich sosów, ale tego przyjemniaczka trzeba ustawić na wysokiej półce..

Poziom ostrości: 

Ocena ogólna: 


Sos Evil Twin


Skład: zielona papryka, ocet z cydru, papryka Scotch Bonnet (15,5%), cebula, jabłko, limonka, papryka Naga Jolokia (3%), marchewka, czosnek, oleożywica z papryki, sól morska
W RĘCE: Evil Twin to zły brat bliźniak sosu Evil One. Oparty na zielonej papryce i takich samych składnikach, jeśli chodzi o paprykę – Scotch Bonnet + Jolokia + oleożywica z papryki. Nowością tutaj jest jabłko i limonka. Moc powinna być podobna, więc czy jest sens tworzyć coś takiego? Zaraz spróbujemy.
W GĘBIE: Evil Twin ma zdecydowanie jaśniejszy kolor od Evil One. To pewnie dlatego, że jego bazą jest delikatniejsza zielona papryka – i fakt, kolorystyka również to sugeruje. Pachnie przyjemnie, soczyście paprykowo ze słodką, jabłkową nutą. Jest zdecydowanie mniej cytrusowy, bardziej owocowo-jabłkowy. Przez ten fakt pieczenie nabiera trochę innego charakteru i bardziej słodkawego posmaku. Niektórzy twierdzą, że sos ten jest również pozbawiony pewnej goryczki (prawdopodobnie pochodzącej z cytryny i pomarańczy). Moc w tym bracie bliźniaku jest równie silna, co w Evil One. Uporczywa, głęboka i długotrwała. Bardzo przyjemny sos, nie różni się drastycznie od Evil One, ale jest jego ciekawą wariacją. W końcu, to edycja limitowana.


Poziom ostrości:

Ocena ogólna: 

Słodki bonus numer dwa:

Czekolada gorzka Grim Reaper Black Widow z olejem cytrynowym i geranium


Skład: gorzka czekolada (masa kakaowa 70%, cukier, masło kakaowe, emulgator – lecytyna sojowa, naturalna wanilia), olejek eteryczny z geranium, olejek eteryczny z cytryny, papryka Naga Jolokia w proszku (0,1%).
W RĘCE: Gorzka czekolada zawsze wywołuje w nas jakieś eleganckie skojarzenia. Tak też jest i tym razem – Czarna Wdowa sprawia wrażenie słodyczy dla koneserów. Bardzo wysoka zawartość masy kakaowej (70%) stawia ją raczej w kategorii słodyczy dla ludzi, którzy uwielbiają smak gorzkiego kakao. Akurat do takich należymy, więc degustacja powinna być przyjemnością. Swoją drogą, dalej prostota składu zachwyca.
W GĘBIE: Czarna Wdowa faktycznie jest praktycznie czarna. Ma bardzo intensywny aromat cytrynowy – z ciekawą nutą, to pewnie geranium. Swoją drogą, zastanawialiśmy się, co to takiego, to geranium. Okazuje się, że jest to... roślina z tej samej rodziny, co pelargonia. Niezrażeni tym faktem, konsumujemy – czekolada ma bardzo intensywny, cytrusowo-kwiatowy smak. Nie jest ultra gorzka, niczego nie wykręca, ale zdecydowanie jest to rzecz dla fanów kakao. Naga Jolokia jak zwykle pracuje na samym finiszu, pozostawiając miłe, rozkoszne ciepło na języku. To nie jest słodycz, która zabija lub jest zdominowana przez ostrość, ale posiada naprawdę fajny posmak.

W GŁOWIE: Bardzo dobry produkt, w sumie jak wszystkie słodycze od Grim Reaper. Bardzo dobra jakościowo, porządnie skonstruowana. Black Widow jest idealna dla osób, które lubią cytrusowe klimaty, bo ten aromat jest bardzo wyraźny. Ostrzegamy, tabliczka znika w zastraszającym tempie (dobrze, że nie mamy żadnych postanowień noworocznych!)
Ocena ogólna: 

Czekolada biała Grim Reaper Purgatory z ziarnami kakao, olejem z bergamotki i korzennymi przyprawami


Skład: biała czekolada: cukier, masło kakaowe, pełne mleko w proszku, masa kakaowa (28%), emulgator – lecytyna sojowa, naturalna wanilia, kawałki kakao, olej z bergamotki, przyprawy korzenne, papryka Naga Jolokia (0,3%).
W RĘCE: Czekolada ma barwę kości słoniowej, widać gołym okiem drobinki kakao. Po zetknięciu się z mleczną czekoladą tej marki jesteśmy przygotowani na coś naprawdę fantastycznego. Duży plus za bardzo ładny skład, bez zbędnych pozycji – zapowiada się niezła jakość, choć biała to nie jest nasz konik.
W GĘBIE: Wow. Ta czekolada jest naprawdę intensywna. Ziarna kakao nie są szalenie wyczuwalne w konsystencji, ale olej z bergamotki i korzenne przyprawy... mistrzostwo świata. Bardzo wyrazista, bardzo aromatyczna. Fajne w czekoladach Grim Reaper jest to, że są wyważone. Słodycz jest na odpowiednim poziomie, aromat jest bardzo wyraźny – a pieczenie przyjemne i naprawdę dobrze komponujące się z całością. Jolokia naprawdę podkreśla smak pozostałych składników.

W GŁOWIE: Będąc zupełnie szczerymi, nie jesteśmy wielkimi fanami białej czekolady, bo to przecież w sumie nie czekolada ;) Ale! Grim Reaper Purgatory jest naszą ulubienicą z całej trójki czekolad od tej marki. Intensywna, perfekcyjnie przyprawiona i naprawdę uzależniająca.
Ocena ogólna: 



Podsumowując naszą przygodę z produktami brytyjskiej marki Grim Reaper Foods – musimy rzec, że jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni. Prowadzenie sklepu swoją drogą, ale naprawdę kochamy dobrze zrobione sosy. To dzięki nim jedzenie zyskuje zupełnie inny wymiar. Produktom Russela Williamsa nie możemy zarzucić nic, oprócz tego, że mają dziwną właściwość zbyt szybkiego kończenia się :) Może być w tym jednak nieco naszej winy... A tak zupełnie serio: polecamy. Dobre, proste, naturalne składy, ciekawe kompozycje i mroczny design – to coś, co Ostrożercy lubią najbardziej!

Jeśli nabraliście ochoty na wypróbowanie produktów Grim Reaper Foods - zapraszamy tutaj:


wtorek, 21 czerwca 2016

Go Mango! Słodki, letni kurczak z mango chutney i pieczarkami


Sezon na lekkie, łatwe i szybkie posiłki w pełni. U nas na stołach królują wszelakie sałatki (głównie z powodu intensywnej akcji pt. 'schudnij przed ślubem' ;) ). To danie jednak robi się praktycznie samo. 

Kurczak jest mięsem, które świetnie przyjmuje wszelakie kombinacje smakowe, ale ostatnimi czasy upodobaliśmy go sobie w odsłonie słodko-pikantnej – z Mango Chutney. Dla tych, którzy jeszcze nie odkryli tego, czym jest ten cały Mango Chutney, śpieszymy z wyjaśnieniem: jest to coś w rodzaju pikantnej konfitury z mango z przyprawami; najczęściej kminem rzymskim, kolendrą, solą i chili. W sumie, ten przysmak ma korzenie indyjskie, ale jest też bardzo popularny w kuchni brytyjskiej (trudno się dziwić, w końcu Wielka Brytania to jeden z krajów, gdzie wszelakie orientalne jedzenie jest w ścisłej czołówce jeśli chodzi o popularność).

Kurczak plus chutney daje ciekawą, słodko-słono-ostrą kompozycję. Mango nadaje mięsu soczystej słodyczy, a przyprawy – wyrazistości i charakteru. Jeśli chcecie (a wiemy, że chcecie!) dodać jeszcze nieco ostrości całemu daniu – proponujemy uzupełnić przepis o parę kropel sosu Encona Extra Hot, którego mocno uniwersalna kompozycja i całkiem przyzwoita ostrość na pewno miło połechce Wasze kubki smakowe.
U Nas zazwyczaj pojawia się nieco więcej niż kropelka, ale to już chyba kwestia 'zboczenia' zawodowego... :)

Ten przepis to zdecydowanie propozycja dla kulinarnych odkrywców nie bojących się nieoczywistych dla naszego kraju połączeń – oraz po prostu fanów kurczaka w każdej odsłonie :)

Składniki (dla 2 głodnych osób):
  • dwie piersi z kurczaka (albo jedna podwójna) – ok. 500g
  • 1 duża cebula
  • 250 g pieczarek
  • 3 łyżki sosu Patak's Mango Chutney [KLIK]
  • sól, pieprz
  • łyżka sosu Worcestershire
  • 2 łyżki dowolnego oleju
  • mały pęczek świeżego tymianku (lub solidna łyżka suszonego)
  • OPCJONALNIE: łyżka sosu Encona Extra Hot [KLIK]

Sposób przygotowania:

Kurczaka myjemy (i jeśli macie podwójną pierś – dzielimy na dwie porcje), wkładamy do naczynia żaroodpornego, lekko nacinamy w paru miejscach (dzięki temu mięso szybko się upiecze i lepiej wchłonie marynatę) solimy i pieprzymy wedle gustu i uznania. Cebulę raźno ciachamy w piórka, pieczarki kroimy na plasterki – wszystko układamy na mięsie (i solimy, jeśli macie ochotę na więcej tej uzależniającej trucizny - my zazwyczaj mamy! ;)) Do miseczki wlewamy olej, sos Worcestershire, mango chutney, Enconę i posiekaną połowę pęczku świeżego tymianku. 

Mieszamy zawzięcie marynatę aż do jednolitego połączenia wszystkich składników - następnie polewamy nią mięso i warzywa ułożone w naczyniu. Całość posypujemy resztą tymianku i wstawiamy do piekarnika (pod przykryciem!) – pieczemy około 35 minut w 200 stopniach, następnie ściągamy przykrycie i dopiekamy jeszcze 10 minut w 180 stopniach (duża część wody odparuje i uzyskamy niesamowicie aromatyczny, gęsty, słodko-słony sos!).

Podawajcie z lekką sałatką i chlebkami Naan lub pieczywem.


Mango Chutney znajdziecie TUTAJ

Wszystkie sosy ENCONY znajdziecie TUTAJ

Smacznego! :) 


Poziom ostrości:



czwartek, 5 maja 2016

Aromatyczne powitanie z Afryką. Sos Encona African Peri Peri


Ach, Encona. To chyba nasza ulubiona marka sosów spod znaku „tanio i dobrze”.
Możecie przeczytać o jej sosach nieco więcej tutaj:
RECENZJA SOSU ENCONA EXTRA HOT [KLIK]
RECENZJA SOSU ENCONA WEST INDIAN [KLIK]

Brytyjczycy z Encony mają całkiem niezłą kolekcję sosów – w sumie, to zrobili przegląd gatunków sosów z całego świata (brakuje chyba tylko Europy, trudno się w sumie dziwić). Znajdziecie u Encony sosy inspirowane Afryką, Azją, Ameryką, Dalekim Wschodem i Karaibami. Całkiem niezła paleta – 13 sosów i marynaty.
Dziś na tapetę bierzemy Afrykę – sos Encona African Peri Peri, nasz najnowszy nabytek w sklepie BĘDZIE PIEKŁO. W sumie, to Afryka jest potentatem w produkcji chili Ptasie Oko (zwanym także Peri-Peri lub Piri-Piri), choć ta niewielkich rozmiarów papryczka pochodzi z Portugalii (i jest równie szeroko rozpowszechniona w jej kulinarnych zwyczajach). Tak czy siak, sos ten został stworzony zdecydowanie w klimacie Czarnego Lądu.
Przyjrzyjmy się jej bliżej.

W RĘCE

Sos Encona African Peri Peri po rzucie oka na etykietkę jawi się jako sos ostry. Patrząc jednak na składniki, stwierdzamy, że producentowi chyba pomyliły się oznaczenia. Zobaczcie sami: woda, pasta z papryczek chili (papryczka chili, woda, kwas octowy, sól), ocet spirytusowy, koncentrat soku z cytryny, skórka cytryny, sól, skrobia modyfikowana kukurydziana, olej rzepakowy, cukier, przecier z czosnku, czosnek w proszku, cebula w proszku, stalibizator: guma ksantanowa, papryka piri-piri, substancja konserwująca: sorbinian potasu, barwnik: ekstrakt z papryki.

Whoa, dużo tego, ale większości składników nie można nazwać ostrymi ;) Ciekawe, co to za chili, które figuruje na pierwszym miejscu. Czyżby Cayenne? A może coś lokalnego? Ciężko rzec. Peri-Peri jest w składzie, ale gdzieś tam hen daleko. To nie może być ostre – co najwyżej pikantne, choć ewidentnie ciekawie przyprawione (dużo cytryny!).

W GĘBIE

Sos Encona African Peri Peri ma bardzo ładny, jasnopomarańczowy kolor. Pływają w nim kawałki ani chybi Peri-Peri – oraz sporo przypraw. Dozownika brak, ale sos jest dość gęsty. Wąchamy. Ta Encona pachnie mocno cytrusowo, paprykowo-słodkawo, przyjemnie. Nie czujemy żadnej sugestii bólu lub pieczenia, ale to może być złudne ;) Jedzmy!
Kwaśno. Nie w typie octu, o nie – to wyłącznie cytrynowa, aromatyczna kwaśność. W buzi wirują kawałki papryki, ziarenek, czosnku i cebuli. Po kwaśności odzywa się przyjemna, aksamitnie paprykowa nuta. Na samym końcu doznajemy sugestii ostrości pochodzącej prawdopodobnie z rozgryzionych ziarenek, w naszych ustach przez krótką chwilę utrzymuje się przyjemne ciepełko. Nic nas nie zabiło – ba, nawet nie drgnęliśmy.
Nie żałujemy jednak – Encona African Peri Peri naprawdę smakuje nieźle!
Warto zwrócić uwagę na kompozycję – cytrusy + papryka + czosnek + cebula. Nigdy jeszcze nie jedliśmy tak ciekawie kwaśnego sosu (w większości ostrych sosów kwaśność pochodzi z octu).

W GŁOWIE

Tak jak przewidywaliśmy – to nie jest ostry sos, nie sugerujcie się napisem na butelce, który głosi „Hot”. Nie. Nie zmienia to faktu, że Encona African Peri Peri jest sosem absolutnie aromatycznym i bardzo fajnie skomponowanym smakowo. My, odkąd jej spróbowaliśmy, nie wyobrażamy sobie bez niej kurczaka lub owoców morza. Ta orzeźwiająca cytrynowa nuta w połączeniu z papryką naprawdę robi robotę w marynacie – albo jako dip/sos stołowy. Nikogo nie popieści ostrością, więc śmiało mogą jej używać osoby nieprzyzwyczajone do dużego poziomu pikanterii – to dobry start.


Gdzie kupić? Oczywiście na BĘDZIE PIEKŁO



Ocena ogólna:

Ostrość:

Smak:


wtorek, 10 listopada 2015

Podaj mi musztardę, milordzie. Na talerzu Colman's, czyli brytyjska klasyka w żółci

[Moi drodzy, wybaczcie niewielką przerwę w dostawach recenzji ostrych rzeczy! Zawirowania te spowodowane są naprawdę nielichą sprawą – Ostrożercy otwierają sklep internetowy! Wiąże się z tym cała masa papierologii (nie wspominając już o sanepidzie...nie, naprawdę, NIE MÓWMY O TYM), ale już bardzo-bardzo niedługo będzie można nabyć całą masę przecudownych rzeczy piekących w obie strony (bardziej lub mniej ;)). Trzymajcie kciuki!

A teraz, coś na deser po obiedzie. Musztarda, oczywiście. I to jaka!]

Colman's. Oto marka z historią, prosto z nieskazitelnie białych rączek angielskich tradycjonalistów. W zeszłym roku firma ta skończyła, bagatelka, 200 lat – i ma się całkiem dobrze (oprócz tego, że należy aktualnie do koncernu Unilever). Na ten moment jest jedną z najstarszych marek spożywczych na świecie. Intensywnie żółta musztarda w charakterystycznym opakowaniu to jej pierwszy produkt i zarazem swoisty znak rozpoznawczy – doczekała się nawet własnego muzeum! (w Norwich, jakby ktoś był zainteresowany) Degustacja jej to trochę jak podróż w czasie – między innymi dzięki temu, że słoiczek jest mocno retro (co jakiś czas wychodzą edycje limitowane z przeróżnymi cudnymi grafikami). Ponadto, receptura podobno ta sama od dwóch setek lat. To trochę zobowiązuje.
No dobrze, dobrze, już się nachwaliłam, teraz czas na testy organoleptyczne.


W RĘCE

W życiu nie widziałam tak intensywnie żółtej musztardy. No cóż, z jednej strony jest to główna cecha rozpoznawcza jej 'gatunku' – musztardy angielskiej, która uznawana jest za jedną z najostrzejszych na świecie. Takie opisy zawsze mnie prowokują, nie mogłam więc i tej koleżance przepuścić. Lećmy do składu. A więc: woda, sproszkowana gorczyca (21%), cukier, sól, mąka pszenna, kurkuma, kwas cytrynowy. Aha! Już wiadomo, skąd ten piękny kolorek. Kurkuma. Poza tym, nic szczególnie paskudnego ani oryginalnego. Żadnych tajnych składników (może i lepiej...). Konsystencja jest dość gęsta, to pewnie zasługa dodatku mąki. Zapach obiecujący, ostry, typowo musztardowy - aż wierci w nosie :) Zajadajmy więc, milordzie!

W GĘBIE

Słodko, może lekko kwaśno – i jak na musztardę – wow, jest ostro! Duża łyżeczka potrafi wywołać intensywny atak kaszlu i swoiste „zatkanie”. Brytyjczycy naprawdę potrafią wycisnąć z gorczycy to, co najostrzejsze. Całość jest mało octowa w porównaniu do innych musztard (np. dijońskich → KLIK), zdecydowanie dominuje typowy, gorczycowy aromat. Jak dla mnie jest może nieco zbyt gęsta i ciężka, ale to nie ma większego znaczenia dla ogólnego wrażenia. Pod koniec nieco mączna w smaku, co średnio mi się podoba. Za to pomaga przy jesiennym katarze, serio, polecam. W dużych ilościach doprowadza do wzruszeń – w inny sposób niż sosy oparte na papryczkach, ale spłakać też się można.

W GŁOWIE

Musztarda Colman's. To zdecydowanie kultowy produkt. Ciężko powiedzieć o nim coś złego, oprócz tej nieszczęsnej, „podrasowanej” mąką konsystencji, którą również nieco czuć w smaku... (w sumie, cieszę się, że to mąka, a nie inne cholerstwo!). Tak czy siak, zdecydowanie trzeba jej spróbować ze względu na naprawdę jedyny w swoim rodzaju smak i wygląd. Tak jak tradycyjnego angielskiego śniadania (przypominam: bekon, jajka, fasolka w słodkim sosie pomidorowym, kiełbasa, czasem frytki. No i do tego nieśmiertelny 'brown sauce', który mnie osobiście przyprawia o ciarki obrzydzenia...). Zdecydowanie najlepsza będzie do ciężkich, tłustych mięsiw, ale tak naprawdę, to jest mocno uniwersalna (jak to musztarda). Sosy, kanapki, zupy, wszelakie przekąski. Duży plus za ostrość. I hipnotyzujący kolor, który na szczęście jest efektem dodania znacznych ilości kurkumy, a nie jakiegoś piekielnego syntetycznego barwnika spożywczego. Całość znacząco różni się od musztard, które znamy z polskich półek, co może być dla bardziej konserwatywnych smakoszy pewną przeszkodą. Do mojego słowiańskiego podniebienia przypadła w umiarkowanym stopniu; nie jest to must have w kuchni - raczej przyjemna odmiana, choć fani znacznej ostrości powinni mieć ją na uwadze. Na pewno znakomicie się nada do wszelakich dań kuchni brytyjskiej (o ile taka w ogóle istnieje.. ;) )


Long live the Queen!



By Ostrożerczyni.

piątek, 2 października 2015

Bałkany zamknięte w słoiku - Ajwar

Sezon na paprykę i bakłażany powoli chyli się ku końcowi, a to ostatni moment żeby zabrać się za robienie ajwaru! :)
Rzeczony Ajwar to pikantna pasta warzywna bardzo popularna w kuchni Bałkańskiej. Najczęściej sporządza się ją z pieczonych papryk i bakłażanów, czasem z dodatkiem pomidorów (aczkolwiek wtedy taki sos nazywa się pindżur), czosnku i octu. Oryginalna wersja zawiera tylko dwa pierwsze składniki. Jest świetnym dodatkiem praktycznie do wszystkiego – innych past, kanapek, mięsa, pieczonych warzyw. Pasta jest niesamowicie aromatyczna i smakowita, co wynagradza trud jej przygotowania. Tkwi on głównie w konieczności pieczenia warzyw i czasu poświęconego na późniejsze duszenie pasty. Mimo tego, zdecydowanie warto spróbować przygotowania ajwaru samodzielnie, smakuje nieziemsko :)

Składniki (na niewielką porcję – cztery średniej wielkości słoiki)

2,5kg papryki
1 kg bakłażanów
duża główka czosnku
10 sztuk świeżych papryczek chili (można pominąć, ale doda to naszej paście odrobiny...pikanterii) 
sól, pieprz, cukier (do smaku)
50 ml oliwy (lub w ostateczności oleju)
10 ml octu balsamicznego
50 ml octu winnego

Sposób przygotowania:

Papryki (słodkie i ostre) myjemy, kroimy na pół, wybieramy gniazda nasienne (oprócz tych z chili!), wrzucamy na blachę wyłożoną papierem lub folią do pieczenia i pieczemy w 200 stopniach (najlepiej na funkcji grill – aby skórka się przypiekła) około 35 minut (chili można wyjąć po krótszym czasie jeśli zaczną się przypalać zbyt mocno). Po wyjęciu z piekarnika warto ją przełożyć do miski i zakryć czymś, dzięki temu będzie można łatwiej ściągnąć z niej skórę. Bakłażany również traktujemy temperaturą, wkładamy je jednak do piekarnika w całości, lekko tylko nakłuwając skórkę widelcem (mogą wybuchnąć!). Ustawiamy temperaturę na 180 stopni i pieczemy od 45-60 minut, w zależności od wielkości oberżyny (upieczone będą pomarszczone). Po tym czasie obieramy paprykę ze skóry (niekoniecznie bardzo dokładnie) i wrzucamy do misy blendera, dodajemy obrany czosnek, obrane ze skóry i wystudzone bakłażany a następnie miksujemy wszystko na pastę (mogą zostać grudki). W garnku/na dużej patelni rozgrzewamy oliwę, wlewamy sos, dodajemy przyprawy oraz oba octy i dusimy na wolnym ogniu do uzyskania gęstej masy (około godziny). Jeśli papryka była zbyt mało słodka, można dodać trochę cukru do smaku. Pamiętajcie, by podczas duszenia często go mieszać! Kiedy już ajwar uzyska konsystencję gęstego keczupu przelewamy go (gorący!) do słoiczków i zakręcamy szczelnie a następnie odwracamy do góry dnem na parę godzin. Naturalnie, możemy go konsumować od razu, ale pomyślcie, jak wybornie będzie smakował w środku zimy :)

Smacznego!






niedziela, 9 sierpnia 2015

Diabeł tkwi w ziarenkach. Piekielna Harissa z Habanero!



Ostatnio pogoda sprawia, że w naszej kuchni ostrość gości w dawce nieco mniejszej, niż zazwyczaj, ale warto być czujnym i trzymać rękę na pulsie – sezon na ostrą paprykę powoli się zaczyna! Warto zrobić zapasy na zimę, zwłaszcza iż ceny są dość niewygórowane (choć trochę śmieszy nas fakt, iż niektóre sklepy nie bardzo wiedzą, co sprzedają - nie raz trafiliśmy na habanero podpisane jako chili lub jalapeno...). Z tej okazji mamy dla Was przepis na niesamowitą i legendarną pastę z papryki – harissę. Normalni ludzie (czyli zdecydowanie nie my) robią harissę z papryczek chili, oliwy i czosnku – z dodatkiem przypraw takich jak kolendra lub kminek. Tradycyjnie pochodzi ona z Tunezji, ale można ją również zaleźć w innych krajach arabskich. Najczęściej sprzedawana jest w tubkach lub małych puszeczkach. Jest świetnym dodatkiem do mięs i potraw kuchni orientalnych, takich jak na przykład curry [przepis na aromatyczne curry z harissą]



Nasz przepis nie zawiera zbyt wielu dodatków – ten wariant to czysta, piekielna ostrość. Wszystko dzięki świeżo ususzonym papryczkom habanero! Tak przygotowany specyfik nadaje się do długotrwałego przechowywania w lodówce (2-3 miesiące – w szczelnie zakręconym słoiku). Możecie też przygotować pastę ze świeżych papryczek, ale wtedy jej termin spożycia będzie znacznie krótszy. Prosimy Was bardzo, pamiętajcie o tym, by za każdym razem kiedy dotykacie tej pasty – bardzo dokładnie umyć ręce. 
To nie żart, wasze oczy i inne błony śluzowe wam za to podziękują ;)


Harissa z Habanero


 
Składniki:
200 gram świeżych papryczek habanero
Szczypta soli
5-6 łyżeczek dobrej gatunkowo oliwy z oliwek (w ostateczności olej rzepakowy też się nada)





Sposób przygotowania:

Papryczki myjemy dokładnie, osuszamy papierowym ręcznikiem i układamy na suszarce do żywności (ewentualnie w piekarniku na wyłożonej papierem blasze). Nie polecamy przekrawania ich na połówki, bo choć dzięki temu papryczki wyschną szybciej, to możemy przez to stracić sporo cennych dla naszej pasty nasion. Możemy jednak lekko je naciąć, wtedy szybciej uwolnią wodę. Suszymy około 10-12 godzin, aż pozostanie w nich niewiele wilgoci. W przypadku piekarnika należy papryczki suszyć w temperaturze około 100 stopni i przy lekko uchylonych drzwiczkach. 
Tak przygotowane habanero wrzucamy do blendera i rozdrabniamy. Można również zmiażdżyć je w moździerzu lub posiekać ręcznie. Wsypujemy je do słoiczka, dodajemy szczyptę soli i oliwę. Mieszamy dokładnie. Harissa jest od razu gotowa do spożycia. Przechowujcie ją w lodówce i w taką pogodę – dozujcie z umiarem! J

czwartek, 2 lipca 2015

Powiało Orientem. Diamond - Sambal Oelek

Diamond - Sambal Oelek

Sambal oelek to rodzaj sosu z gatunku sambali, który powstaje ze świeżych papryczek chili i soku z limonki. Sosy sambal pochodzą z Indonezji, ale są również szeroko stosowane w kuchni japońskiej. Istnieje naprawdę wiele odmian sambali – znawcy twierdzą, że jest ich ponad 300; sporządzane są one z różnych rodzajów papryk i dodatków, takich jak ocet, pasta krewetkowa, sos rybny, cebula, pomidory, mango, cukier czy ocet ryżowy. Tradycyjnie sambale są wytwarzane za pomocą moździerza i podawane zaraz po przyrządzeniu jako dodatek do dań rybnych i mięsnych.
Najbardziej rozpowszechnionym i dostępnym w Europie rodzajem sambali jest właśnie wariant oelek. Kiedy przyjdzie sezon na ostrą paprykę, warto zrobić go samemu (przepis wkrótce!). Dla tych bardziej leniwych rynek przychodzi z pomocą oferując gotowe sosy. Bierzmy się więc do dzieła.


W RĘCE:

Sambal Oelek z niemieckiej firmy Diamond prezentuje się mało zachęcająco, jeśli chodzi o opakowanie. Firma wygląda na taką z gatunku supermarketowych, koncernowych marek (i tak jest w istocie, choć sam sos wyprodukowany został w Indonezji! Plus za lokalność.) Cóż. Nie szata zdobi sambalę! Przejdźmy do składu. Tu jest umiarkowanie milutko: 70% składu to czerwona papryka chili, woda, sól, regulator kwasowości: kwas octowy, modyfikowana skrobia kukurydziana (do zagęszczenia), substancja konserwująca: sorbinian potasu. Hm. Zero wyczekiwanej limonki – za to ocet i skrobia. Zdarza się najlepszym, a to na najlepsze nie wygląda. Przynajmniej papryki dużo, a nie koncentratu pomidorowego (co się nagminnie przytrafia ‘ostrym’ sosom). Skosztujmy jednak.

W GĘBIE:

Zapach jest porażająco octowy, ale jednocześnie trochę słono-pikantny. Mimo wszystko na plus, bo ślinianki zaczynają intensywną pracę. Sos jest gęsty, ciemnoczerwony, grudkowaty. Pływają w nim nasiona i kawałki papryki. Miło. W smaku: ogromna, wszechogarniająca słoność, co jest na plus, bo spodziewaliśmy się octu. Wyobraźnia nasza wędruje ku wielkim beczkom pełnym chili i soli macerującym się w słońcu... Paprykowość i ostrość – owszem, ale później, nie dominująca. Sos momentami przyjemnie chrupie. Ciężko określić jego wartość w skali SHU, ale to raczej lajtowy sos w granicach do 1 500 jednostek (phy, można przepijać tym sos tabasco...).

W GŁOWIE:

Sambal Oelek to dla nas przede wszystkim niezastąpiony składnik kanapek i niezły dodatek do grilowanych mięsiw. Dużym plusem jest jego wyrazista słoność, która idealnie komponuje się z potrawą, podkreśla jej smak. Nie przytłacza ostrością, ale trudno o to, kiedy mamy do czynienia z papryką chili. Minus to trochę okrojony skład (gdzie ta limonka?!). Ogólnie jak na prawie noł-nejma, jeśli chodzi o markę, ta sambala jest naprawdę przyzwoita i godna polecenia. No i cena niezbyt szarpiąca domowy budżet: można ją kupić w Stokrotce lub Kauflandzie za około 6 złotych (200 g).