Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kwaśno. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kwaśno. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 maja 2016

Aromatyczne powitanie z Afryką. Sos Encona African Peri Peri


Ach, Encona. To chyba nasza ulubiona marka sosów spod znaku „tanio i dobrze”.
Możecie przeczytać o jej sosach nieco więcej tutaj:
RECENZJA SOSU ENCONA EXTRA HOT [KLIK]
RECENZJA SOSU ENCONA WEST INDIAN [KLIK]

Brytyjczycy z Encony mają całkiem niezłą kolekcję sosów – w sumie, to zrobili przegląd gatunków sosów z całego świata (brakuje chyba tylko Europy, trudno się w sumie dziwić). Znajdziecie u Encony sosy inspirowane Afryką, Azją, Ameryką, Dalekim Wschodem i Karaibami. Całkiem niezła paleta – 13 sosów i marynaty.
Dziś na tapetę bierzemy Afrykę – sos Encona African Peri Peri, nasz najnowszy nabytek w sklepie BĘDZIE PIEKŁO. W sumie, to Afryka jest potentatem w produkcji chili Ptasie Oko (zwanym także Peri-Peri lub Piri-Piri), choć ta niewielkich rozmiarów papryczka pochodzi z Portugalii (i jest równie szeroko rozpowszechniona w jej kulinarnych zwyczajach). Tak czy siak, sos ten został stworzony zdecydowanie w klimacie Czarnego Lądu.
Przyjrzyjmy się jej bliżej.

W RĘCE

Sos Encona African Peri Peri po rzucie oka na etykietkę jawi się jako sos ostry. Patrząc jednak na składniki, stwierdzamy, że producentowi chyba pomyliły się oznaczenia. Zobaczcie sami: woda, pasta z papryczek chili (papryczka chili, woda, kwas octowy, sól), ocet spirytusowy, koncentrat soku z cytryny, skórka cytryny, sól, skrobia modyfikowana kukurydziana, olej rzepakowy, cukier, przecier z czosnku, czosnek w proszku, cebula w proszku, stalibizator: guma ksantanowa, papryka piri-piri, substancja konserwująca: sorbinian potasu, barwnik: ekstrakt z papryki.

Whoa, dużo tego, ale większości składników nie można nazwać ostrymi ;) Ciekawe, co to za chili, które figuruje na pierwszym miejscu. Czyżby Cayenne? A może coś lokalnego? Ciężko rzec. Peri-Peri jest w składzie, ale gdzieś tam hen daleko. To nie może być ostre – co najwyżej pikantne, choć ewidentnie ciekawie przyprawione (dużo cytryny!).

W GĘBIE

Sos Encona African Peri Peri ma bardzo ładny, jasnopomarańczowy kolor. Pływają w nim kawałki ani chybi Peri-Peri – oraz sporo przypraw. Dozownika brak, ale sos jest dość gęsty. Wąchamy. Ta Encona pachnie mocno cytrusowo, paprykowo-słodkawo, przyjemnie. Nie czujemy żadnej sugestii bólu lub pieczenia, ale to może być złudne ;) Jedzmy!
Kwaśno. Nie w typie octu, o nie – to wyłącznie cytrynowa, aromatyczna kwaśność. W buzi wirują kawałki papryki, ziarenek, czosnku i cebuli. Po kwaśności odzywa się przyjemna, aksamitnie paprykowa nuta. Na samym końcu doznajemy sugestii ostrości pochodzącej prawdopodobnie z rozgryzionych ziarenek, w naszych ustach przez krótką chwilę utrzymuje się przyjemne ciepełko. Nic nas nie zabiło – ba, nawet nie drgnęliśmy.
Nie żałujemy jednak – Encona African Peri Peri naprawdę smakuje nieźle!
Warto zwrócić uwagę na kompozycję – cytrusy + papryka + czosnek + cebula. Nigdy jeszcze nie jedliśmy tak ciekawie kwaśnego sosu (w większości ostrych sosów kwaśność pochodzi z octu).

W GŁOWIE

Tak jak przewidywaliśmy – to nie jest ostry sos, nie sugerujcie się napisem na butelce, który głosi „Hot”. Nie. Nie zmienia to faktu, że Encona African Peri Peri jest sosem absolutnie aromatycznym i bardzo fajnie skomponowanym smakowo. My, odkąd jej spróbowaliśmy, nie wyobrażamy sobie bez niej kurczaka lub owoców morza. Ta orzeźwiająca cytrynowa nuta w połączeniu z papryką naprawdę robi robotę w marynacie – albo jako dip/sos stołowy. Nikogo nie popieści ostrością, więc śmiało mogą jej używać osoby nieprzyzwyczajone do dużego poziomu pikanterii – to dobry start.


Gdzie kupić? Oczywiście na BĘDZIE PIEKŁO



Ocena ogólna:

Ostrość:

Smak:


piątek, 22 kwietnia 2016

"Ooh, baby, I'm gonna thrill you tonight..." Sos Cheap Thrill Jalapeno


Seria sosów Cheap Thrill to produkt marki Hot Shots – Amerykańskiej firmy zajmującej się przede wszystkim dystrybucją wszelakich ostrych sosów.
Postanowili oni jednak zrobić coś własnego – i tak powstała cała seria sosów Cheap Thrill (gdzie oprócz Jalapeno znajdziecie sosy z Chipotle i Garlic Habanero). Skusiliśmy się na nie, bo mają proste, całkiem zgrabne składy i etykiety, które kojarzą nam się nieco z horrorami z lat 80-tych i teledyskiem „Thriller” Michaela Jacksona (nie to, żeby było w nich coś przerażającego, po prostu takie lekko oldskullowe, abstrakcyjne skojarzenie).

W RĘCE

Jak już wspominaliśmy, sosy Cheap Thrill są proste, jeśli chodzi o skład. Ten tutaj, zieloniutki, opiera się na papryczkach Jalapeno. Jak zapewnia producent, świeżutkie i pierwszej jakości. Cóż, osądzimy to sami. Całość składu prezentuje się tak: papryczki Jalapeno, ocet, sól, przyprawy, guma ksantanowa, kwas askorbinowy (witamina C), barwnik (błękit brylantowy). Niby wszystko cacy, tylko ten barwnik nieco irytuje. My wiemy, że ciężko o ładny kolor produktu, ale papryka Jalapeno broni się sama. W sumie, przyglądając się pod światło sosu Cheap Thrill Jalapeno, jakoś nie widzimy, żeby był dzięki temu ładniejszy (tak jak np. miało to miejsce w sosie BLOW TORCH, który jedno z nas skrajnie uwielbia i wzdycha do niego po nocach, bo nie możemy już go dostać). Wygląda naturalnie, właściwie dla zmielonego jalapeno – czyli żółtozielono. Po co ta cała maskarada? Zapytajcie Amerykanów. Tak czy siak, zabierzmy się do roboty. Do jedzenia, znaczy się.

W GĘBIE


Sos Cheap Thrill Jalapeno jest dość rzadki, jeśli chodzi o konsystencję. Tak czy siak, na początku trzeba mocno wstrząsać, bo producent nalał go prawie po korek (to miłe, ale warto, żeby wszystko się dobrze wymieszało!) Ma typową dla tej papryki, zielonkawą barwę. Dozownik obecny, dobrze. Pachnie bardzo paprykowo i octowo, trochę też jak świeżo przekrojone nasiona jalapeno. Bardzo przyjemnie. Smakujemy. Najpierw czujemy – cóż, po prostu paprykę Jalapeno. Świeżą, z lekko cytrusowo-kwaskowatą nutą, którą wzmacnia wyłaniający się na drugim planie ocet. Kwaśno, paprykowo – potem czujemy pieczenie – wyraziste, ale niezwykle przyjemne i na poziomie, który nikogo nie zabije – co najwyżej przyjemnie rozgrzeje. W końcu ta papryka ma za zadanie przede wszystkim smakować, a nie sprawiać, że głowa wybucha (takimi atrakcjami zajmuje się np. sos SATAN'S REVENGE). Prosto, sensownie, nieprzytłaczająco. 
Ot, niezłe codzienne sosidło.

W GŁOWIE

Sos Cheap Thrill Jalapeno to całkiem porządnie skonstruowany sos z jalapeno. Mocno kwaskowaty i lekko cytrusowy posmak nada się idealnie jako wisienka na torcie potraw, które tego typu smaku potrzebują. Będzie super do ryb i owoców morza, mega w sałatkach i wszelakich zapiekankach z dużą ilością zieleniny. W sumie, co my będziemy Wam prawić – da się z nim jeść wszystko, co tylko chcecie. Smakuje dobrze, prosto i naturalnie. 
Jalapeno tutaj jest świeże, nie "przyduszone" nadmiarem przypraw i innych składników. To dość uniwersalny produkt, zdecydowanie codziennego użytku. Poziom ostrości pozwoli przeżyć początkującym fanom ostrych sosów a przyjemnie i lekko połaskocze doświadczonych Ostrożerców.
Chcecie spróbować? Sos Cheap Thrill Jalapeno znajdziecie na BĘDZIE PIEKŁO!
[KLIK]


Ocena ogólna:


Smak:

Ostrość:

środa, 20 stycznia 2016

Wuj Sam zjadłby z tym sosem własne skarpetki... Sos Frank's Red Hot Cayenne Pepper!


Frank's Red Hot. To zdecydowanie sos z historią. I to całkiem długą, bo mającą swój początek w 1896 roku. Dwóch panów, Jakob Frank i Adam Estilette postanowiło zrobić sos: w tym celu wrzucili do drewnianej beczki papryczki cayenne, zasypali solą i zapomnieli o nich na parę lat (czyżby jakiś zakład?). Potem dodali octu, trochę wody i czosnku – no i voilà! Gotowe. Cóż, wyszło im na tyle dobrze, że ponad 100 lat później Frank's Red Hot wciąż króluje na amerykańskich stołach (idąc łeb w łeb z Tabasco!). Sama firma oficjalnie rozwinęła się w 1920 roku pod szyldem Frank's i naturalnie zaprzedała duszę jakiemuś koncernowi, ale wszyscy zarzekają się, że skład sosu jest taki sam jak kiedyś. Porównania nie mamy, więc musimy wierzyć na słowo.
Ponadto, trzeba nadmienić, że to właśnie sos Frank's Red Hot był sekretnym składnikiem słynnych Buffalo Wings.
Hasłem reklamowym marki jest „I put that on everything!” (w dodatku do zdjęcia szczerzy się nam milutka babuleńka). Do tego z pewnością nie trzeba nas namawiać, nie takie rzeczy dzieją się w naszej kuchni.
Przyjrzyjmy się temu celebrycie nieco bliżej.


W RĘCE

Frank's Red Hot ma bardzo rzadką konsystencję i piękny pomarańczowo-czerwony kolorek. Ciekawe, czy naturalnie. Dozownik obecny, dzięki niebiosom. Na pierwszy rzut oka wydaje się nam, że nic tam nie pływa, ale przy bliższym przyjrzeniu daje się dostrzec malutkie kawałeczki papryki, które nie zdołały się zblendować. Ślinka cieknie. Zerknijmy do tego w pełni - jak się zarzeka producent - naturalnego składu: sezonowane czerwone papryczki Cayenne (35%), ocet, woda, sól, czosnek w proszku. Tyle. Koniec składu. No i faktycznie, klasyczna, naturalna prostota. Nie spodziewamy się, że nas zapiecze (to cudo ma 500 SHU), ale akurat w tym wypadku nie o to chodzi. Chodzi o smak! Przekonajmy się zatem, dlaczego ten sos od tylu lat podbija amerykańskie podniebienia.

W GĘBIE

Zapach jest bardzo wyraziście paprykowy – z leciutką dozą octu. Smakujemy. Bardzo kwaśno, niesamowicie paprykowo, słonawo – na końcu przychodzi pikanteria, lekka, ale utrzymująca się jakiś czas. Co nas bardzo wyraźnie zaskoczyło, to fakt, że papryka tutaj jest inna niż wszystkie – czuć jakby lekką sugestię fermentacji, co zapewne jest zasługą procesu sezonowania. Bardzo przyjemnie, smak jest głęboki, zdecydowany i wielopłaszczyznowy. Testy organoleptyczne powtarzaliśmy przynajmniej pięć razy. To nieco wciągające, zwłaszcza że pieczenie jest niewielkie. Przyznajemy się bez bicia, że moglibyśmy go pić. Lubimy taką prostotę, co poradzić. Zwłaszcza, że wbrew pozorom jest naprawdę ciekawa.

W GŁOWIE

Nie wiemy, jak to się dzieje, ale zawsze dzień po otwarciu butelki jesteśmy zaskoczeni: połowa opakowania znika w dziwnych okolicznościach! Dziw nad dziwy! Być może nieustanne próbowanie, czy aby na pewno dobry, ma w tym jakiś udział... Ciężko bezstronnie pisać o sosie, który się prawie wciąga nosem, ale jedno trzeba mu przyznać: jest mocno wszechstronny. Paprykowość w jego wydaniu pasuje do wszystkich chyba znanych nam dań, a kaliber ostrości nikogo nie zabije, więc śmiało można dodać Frank's Red Hot do rodzinnego obiadu i babcia (raczej) nam nie zejdzie. Jakbyśmy mieli go porównywać do klasycznego Tabasco, z którym poniekąd konkuruje, to chyba wygrałby w dwóch kategoriach: jest bardziej wyrazisty smakowo, ciekawiej zbudowany – i naprawdę, zakochaliśmy się w lekko sfermentowanym posmaku papryki (taki już urok Polaka, że lubi sfermentowane rzeczy...). Druga kategoria to stosunek wielkości butelki do ceny, która ma znaczenie przy zakupie sosów stołowych codziennego użytku, które zwyczajnie idą u nas jak woda (a może nawet bardziej!) Malutkie (57ml) Tabasco plasuje się w okolicach 10-13zł, natomiast prawie 3-razy większy Frank's Red Hot... cóż, zobaczcie sobie sami:


Podsumowując, jest to sos zdecydowanie dla fanów wyrazistej papryki. Tym, którzy oczekują skrętu jelit z powodu ostrości Frank's Red Hot nie da oczekiwanej satysfakcji. Dla smakoszy i początkujących Ostrożerców będzie jak znalazł. Fajnie podkreśla smak....cóż, praktycznie wszystkiego. Reklama trafia w dziesiątkę.


Ocena ogólna:
Smak:

Poziom ostrości:





czwartek, 17 grudnia 2015

Zamiast świątecznego kominka...Encona West Indian Hot Pepper Sauce


Encona, tak. Tym razem na warsztat wzięliśmy producenta europejskiego – a konkretnie pochodzącego z Wielkiej Brytanii. Jeśli chodzi o Kuchnie Świata w Europie, UK wiedzie prym w produkcji praktycznie wszystkich przysmaków kuchni indyjskiej, orientalnej, dalekowschodniej – i oczywiście, ostrych sosów. Głównym powodem tego stanu rzeczy jest długa (i krwawa) kolonialna przeszłość, oraz, nie ukrywajmy, mocno multikulturowe społeczeństwo zamieszkujące aktualnie Wyspy. W stajni Encony znajduje się całkiem pokaźna ilość sosów - do tej pory naliczyliśmy 13 pozycji. Są one inspirowane różnymi regionami świata – Ameryką, Azją, Karaibami, Dalekim Wschodem, Afryką... Jasne, trochę tego jest, wszystko to ładne i cieszące oko różnorodnością, ale czy warto się wybierać w taką podróż? Pakujmy więc manatki i sprawdźmy na własnej skórze.
Ahoj przygodo!


W RĘCE

Odkręćmy. Pierwsze sztachnięcie mówi nam, że to sos idealny na pobudkę. Polecamy śpiochom. Wita nas mocno octowa papryka, która wwierca się NATYCHMIAST głęboko w nasze nozdrza, dociera do mózgu, który dostaje z liścia, a potem wraca, kopiąc dyskretnie ślinianki. No dobra, mało dyskretnie. Po dwóch sekundach ślinimy się jak psy Pawłowa. Konsystencja jest dość rzadka, lejąca się, choć zdecydowanie widać kawałki papryki i innego dobra. Nieszczególnie cieszy nas brak dozownika, ale w sumie sos nie należy do tych ekstremalnych, żeby trzeba było odmierzać go kropelka po kropelce. Ponadto ma ładny, intensywnie pomarańczowy kolor. Wygląda naturalnie, ale dla pewności przejdźmy do składu. Nasz ostry przyjaciel ma w sobie następujące składniki: mieszankę papryczek (64%) [papryczki habanero, scotch bonnet, sól, regulator kwasowości: kwas octowy], woda, regulator kwasowości: kwas octowy, sól, cebula, gorczyca, skrobia modyfikowana kukurydzana, stabilizator: guma ksantanowa. Całkiem, całkiem przyzwoicie. Żadnych sztucznych barwników ani smakowitych poprawiaczy ostrości (zabronionych przecież w UE!). Jeśli chodzi o paprykę, skład mieszanki wygląda obiecująco. Łyżki w dłoń i testujemy!

W GĘBIE

Kwaśno. O dziwo, nie jest to kwaśność typowo octowa, tylko bardziej...hm, wydaje się, że pochodząca z papryki? Ciężko orzec. Jest w niej pewna nutka cytryny, której przecież nie ma w składzie! Ciekawe. Druga rzecz, w sumie łącząca się z pierwszą: paprykowo. Bardzo, bardzo paprykowo. Ten sos właściwie to papryką stoi. Przy okazji jest mało słony, więc nic nie tłumi smaku, który utrzymuje się dość długo. Ostrość? Przy sporej ilości naraz lekki rumieniec wstępuje na nasze piękne blade lica, ale nie ma on większego związku z bólem. Ogrzewa od środka, pali przyjemnie, ale umiarkowanie, więc nasze jelita i żołądki oddychają z ulgą (od czasu do czasu trzeba). Czujemy się jak przy świątecznym kominku, śnieg za oknem, wieje, a tutaj cieplutko, nawet delikatnie przypieka - tylko tym razem od wewnątrz :)

W GŁOWIE

Pierwsze spostrzeżenie: dobrze złożony. Prosty, nieskomplikowany skład dający całkiem niezły efekt. Ten sos ma zdecydowanie więcej smaku niż palącej, czystej ostrości. To taki produkt codziennego użytku: na kanapkę, do pizzy, pieczonego kurczaka czy frytek, nawet w większych ilościach. Mocno uniwersalny, nie pogryzie się z żadną potrawą, która potrzebuje odrobiny pikanterii. Nas urzekł właśnie taką prostotą. Butelka jest spora, choć u nas kończy się szybko, ponieważ jedno z nas, Ostrożerców, jest od tego sosu uzależnione w bardzo poważny sposób i dodaje go do WSZYSTKIEGO :) Momentami irytuje brak dozownika, ale to nic, ewentualnie więcej radości (albo konwulsji ze strony współjedzących). Podsumowując, wyspiarze całkiem nieźle sobie poradzili, udowadniając tym samym, że znają się na ostrych rzeczach wcale niezgorzej niż Amerykanie. Brawo.


Gdzie kupić? Oczywiście na BĘDZIE PIEKŁO!



Ocena ogólna
Smak
Ostrość



czwartek, 13 sierpnia 2015

Dajemy w Palnik. Zieloniutki Blow Torch Jalapeno Pepper Sauce


W RĘCE

Pierwsze, co intryguje w tym sosie – to jego kolor. Wściekle, intensywnie zielony. Czyżby była to zasługa wspaniałych, naturalnie zielonych papryczek pochodzących z… no właśnie. Na etykiecie trudno znaleźć jakąkolwiek informację, ale po długotrwałym ( i wyczerpującym dla kobiecej części Ostrożerców) zdrapywaniu etykietki, okazało się iż producentem tego specyfiku jest Brazos Legends z Teksasu, koledzy odpowiedzialni również za Bull Snorta, o którym w niedługiej przyszłości napiszemy. W sumie Blow Torch nie został wybrany przypadkowo – jest to sos idealny na upały, kiedy nasze kubki smakowe pragną naprawdę wszystkiego, tylko nie ogromnej dawki ostrości i gorąca.
Jak ze składem? Prosto. 33% to zielone papryczki jalapeno, dalej mamy ocet, sól, gumę ksantanową i…certyfikowany barwnik spożywczy (E102/E133). Tutaj zostaliśmy troszkę zasmuceni, ponieważ okazuje się, że ten wspaniały kolor to mieszanina tartrazyny (cytrynowożółty barwnik) i błękitu brylantowego. No cóż, zupełnie naturalny to ten kolorek nie jest (niestety, to typowe dla sosów z jalapeno - nie spotkaliśmy jeszcze żadnego, który nie byłby podkoloryzowany, więc nieszczególnie Nas to martwi). Dajmy mu szansę.

W GĘBIE

Odkręcamy zakrętkę (jest dozownik!), i proszę bardzo, oto uderza w nas kwaśność, zapewne dzięki zawartości octu (ale taka też jest nieco ta papryka!). Nie jest to zapach wszechogarniający, do nosa dostaje się również obiecujący aromat jalapeno. Konsystencja jest dość rzadka, gładka, nic nie pływa, nic się nie pałęta. W końcu skład prosty jak budowa cepa. W smaku zdecydowanie dominuje przyjemna, orzeźwiająca wręcz kwaskowatość z leciutką sugestią pikantności – choć jak na jalapeno, dość wyrazistą. Jest mało słony, przyjemnie paprykowy. Nas za mocno nie rozgrzał, ale to akurat w tej temperaturze policzymy mu na plus.

W GŁOWIE

Ten zielony „Palnik” to naprawdę miły i bezpretensjonalny sos. Zdecydowanie nadaje się dla osób, które chciałyby spróbować czegoś nowego, ciekawego i delikatnie pikantnego – ale boją się, że przesadzą z ostrością. Super rzecz dla „świeżynek”, przy tym smaczna i dość wszechstronna. Będzie super pasował do ryb, owoców morza i jako przyprawa do dań kuchni meksykańskiej oraz wszędzie tam, gdzie przyda się lekkie zakwaszenie. Nie dominuje potrawy, nadaje jej fajnej, przyjemnej kwaskowatości i wzbogaca smak. Jedynie, czego można się trochę czepiać, to podkolorowania przez producenta - naturalny kolor jalapeno w zupełności by nam wystarczył, choćby miał być o wiele mniej zieloniutki. Co poradzić, w dzisiejszych czasach wszystko musi być piękne i kolorowe.. Podsumowując, polecamy ten sos miłośnikom jalapeno i początkującym Ostrożercom. Dajcie w palni(cze)k! :)


Ocena ogólna:
Ostrość:
Smak:




niedziela, 14 czerwca 2015

Uroczy jaszczur - Iguana XXX Habanero pepper sauce


Iguana XXX - pierwszy członek dość licznej rodziny sosów rodem z Kostaryki. Jak na razie doliczyliśmy się w tej stajni ośmiu koni. Solennie obiecujemy, że żadnemu z nich nie odpuścimy małego sparingu. Importer z tropików, firma Half Moon Bay, zapewnia solennie na swojej stronie, iż sosy te składają się z wyłącznie naturalnych składników, bez dodatku barwników, są bezglutenowe i nie mają nic wspólnego z trudnym tematem GMO. Cóż, tak jest też w istocie, o ile skład nie robi nas w balona. Iguana XXX zawiera 46% papryki habanero (na samą myśl o tym procentażu nasze kubki smakowe rozpoczęły intensywny trening), marchewkę (pewnie do dodania nieco kolorku i złagodzenia upragnionego pieczenia, aczkolwiek full natura), ocet, cebulę, sól, sok limonowy, przecier pomidorowy, czosnek i kwas askorbinowy, czyli witaminkę C. A zatem na zdrowie!


W RĘCE

Sos jest mocno gęsty, co momentami nadwyręża naszą cierpliwość przy próbie dozowania. Konsystencja jest dość niejednolita, pływają w nim apetyczne kawałki habanero i prawdopodobnie marcheweczka. Zapach jest bardzo intensywny, apetyczny, paprykowo-octowy, aczkolwiek bez sugestii cierpienia. Cóż. Na etykiecie nie ma żadnych informacji co do ostrości tego sosu wyrażonej w jednostkach skali Scoville’a (SHU), ale producent chwali się, jakoby sos ten był najostrzejszy z serii (phy!). Na jednej ze stron sprzedających Iguanę XXX udało nam się znaleźć informację, iż plasuje się w przedziale 50-100 tysięcy SHU, więc na bardzo przeciętnym poziomie możliwości jak na habanero. Ale w końcu jest to sos bez dopalaczy, prosto z łona Matki Natury! Konsumujmy więc.

W GĘBIE

Zaczyna się słodkawko, niewinnie wręcz. Potem czujemy kwas, kwas, kwas, kawałeczki papryki milutko wirują na podniebieniu – i uwaga, uwaga, proszę Państwa – jest nawet trochę bólu! Potem następuje ogólna słoność, ból szybko zamienia się w przyjemne, dość długotrwałe pieczenie. W sumie to nawet nie zdołaliśmy się spocić, a tu już po zabawie. Wielka szkoda. Jednak jeśli chodzi o sam smak – sos jest naprawdę porządny. Kawałki habanero są wielkim plusem tego produktu, tak jak i fajna kwaskowatość, która nadaje mu ciekawego charakteru – limonka i witaminka C odwaliły całkiem niezłą robotę.

W GŁOWIE

Smaczna rzecz. Jeśli chodzi o moc, Iguana XXX jest najzwyczajniej w świecie przeciętna – ale często przecież to nie ostrość się rozchodzi (choć trzeba przyznać, że cholernie lubimy wyzwania w tej kwestii) – a o harmonijność smaku i sam pomysł. Iguana to - jak głosi jej etykieta - „Pretty Damn Hot”, choć tutaj trzeba przyznać, że z  większym naciskiem na „pretty”. To taki sympatyczny sos o dobrym, porządnym składzie i naturalnej, umiarkowanej ostrości. Wyśmienita do kanapek i jajecznicy.

CO, GDZIE, ZA ILE?


Iguanę XXX zdybaliśmy w TK MAXX, do którego działu spożywczego organizujemy sobie od czasu do czasu pełne czci pielgrzymki. Cena jest bardzo przystepna: 12,99zł za 148 ml. W Internecie dostępna jest na Ostrej Kuchni, choć cena już prawie dyszkę wyższa.