Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pikantnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pikantnie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 marca 2016

Zielono mi! Ostra potrawka na Guinnessie z harissą.

Jako, iż dziś Dzień Świętego Patryka, mamy dla was niesamowity, przetestowany wielokrotnie (na nas, oczywiście) przepis na tradycyjną irlandzką potrawę wzmocnioną odpowiednio i dopasowaną do gustu Ostrożerców . Potrawka na Guinnesie zgodnie z przepisem wymaga mięsa wołowego, które jest przepyszne, ale niestety coraz bardziej bywa dość ekskluzywne. Jeśli więc nie możecie sobie pozwolić na kawałek krówki, z powodzeniem można ją zastąpić wieprzowiną (choć zmienia to nieco smak i złożoność potrawy – ale za to – krócej się gotuje!). Guinness, lub inne ciemne piwo jest tutaj nieodzownym składnikiem – nawet jeśli nie przepadacie za jego smakiem, nie martwcie się – w ostatecznym ‘produkcie’ nie jest wyczuwalne, a nadaje niesamowitej głębi, aksamitności i gęstości daniu. No i harissa oraz tradycyjna angielska musztarda! Mniam

Ostra potrawka na Guinnessie z harissą


Porcja dla 3 osób
Składniki:

750 g mięsa wołowego na gulasz/ew. szynki lub łopatki
2 średnie cebule
2 marchewki
2 pietruszki
2 średnie ziemniaki
1 butelka piwa Guinness lub innego ciemnego; polecamy portery. Zdecydowanie NIE polecamy jasnego piwa.
1 butelka ulubionego piwa (do picia podczas czekania na gulasz)
1 łyżka harissy (lub 2-3 świeże ostre papryczki chilli)
1 łyżeczka angielskiej musztardy Colman's [KLIK]
1 łyżka oleju
Sól, pieprz, liść laurowy, ziele angielskie, słodka i ostra papryka (najlepiej wędzona - [KLIK]), majeranek, oregano

Sposób przygotowania:


Cebule ciachamy w kostkę, mięso również. Kawałki wołowiny (szynka też się nada!) wrzucamy do miski, dodajemy sól (1 łyżeczka), pieprz , słodką i ostrą paprykę oraz łyżeczkę harissy (lub więcej, jeśli się nie boicie). Mieszamy zapamiętale, żeby mięsiwo dokładnie w tej mieszance wytaplać. 

Zdjęcie poglądowe ze strony BBC Food,
stamtąd też pochodzi klasyczny przepis,
który nieco 'podkręciliśmy' :)
Na patelni rozgrzewamy łyżkę oleju i wrzucamy na nią mięso oraz cebulę. Podsmażamy aż zmięknie. Następnie przekładamy wszystko do garnka (około 3-4 litrowy powinien być okej), zalewamy piwem (można łyczka podpić!), dolewamy litr wody, dorzucamy łyżeczkę soli, liść laurowy i ziele angielskie - gotujemy radośnie przez około 30 minut na średniej wielkości gazie (szynce wystarczy i 20, ale im dłużej, tym smak pełniejszy!). 

Kiedy z kotła zacznie się już wydobywać nieziemski zapach a nasze trzewia zaczną się skręcać z głodu, czas na dorzucenie warzyw – kroimy marchewkę, pietruszkę i ziemniaki w kostkę i pakujemy do gara. Dolewamy pół litra wody. Żeby im nie było tam nudno, dorzucamy łyżkę papryki słodkiej, łyżeczkę ostrej, łyżeczkę pieprzu, tyleż samo majeranku oraz oregano. No i oczywiście – angielską musztardę. 

Wesołe towarzystwo zostawiamy na 20 minut, na małym gazie – aby warzywa zmiękły. W tym czasie z pełną satysfakcją możemy zająć się piciem drugiej butelki piwa. 

Gotowe! Danie powinno mieć dość gęstą konsystencję (jeśli nie ma, można zaprawić mąką). Tradycyjnie ta potrawka powinna odstać swoje – najlepsza jest następnego dnia, ale trudno tyle wytrzymać. Polecana jest z puree ziemniaczanym (można wtedy z zrezygnować z dodawania ziemniaków w trakcie gotowania), ale zwykły chleb też jej nie ukrzywdzi

Smacznego!

poniedziałek, 30 listopada 2015

Chillout z Misiem. Czarny Kot prezentuje: Bernard z chili.

Tym razem, Proszę Państwa, bierzemy się za zupełnie nowy dział – OSTRE alkohole. Na pierwszy ogień – Bernard z chili. Przez ostatnie lata browary kraftowe wyrastają jak grzyby po deszczu zasypując rynek nowymi wynalazkami, z coraz to ciekawszymi składnikami :) Czarny Kot z Radomia postanowił zaryzykować z dodaniem chili do swojego piwa (niestety, nie pochwalili się, jakiego konkretnie). Bernardy zawsze znane Nam były jako całkiem niezłe piwa, takoż ochoczo przystąpiliśmy do testów.

W RĘCE

Przyjrzyjmy się składowi. Głośni on tak: Piwo jasne pasteryzowane. Skład: woda, słód jęczmienny, chmiel, wyciąg z papryczki chili. Alkohol 5,5% obj. Możliwy osad naturalnego surowca!
Okej. Wyciąg z papryczki chili? Wygląda niewinnie...ale lampka ostrzegawcza w naszych mózgach rozjarza się lekko. Podejrzanie dużo takich 'wyciągów' niezbyt dobrze działa na ostateczny kształt produktu... Nie sądźmy jednak piwa po etykiecie! (całkiem niezłej zresztą). Empiryzm to jedyna słuszna droga poznania, więc chwyćmy za otwieracz i pokal (full profeska, a jak!).


W GĘBIE

Piana utrzymuje się krótko, nie jest gęsta, typowa dla lagerów i innych lekkich jasnych piw. Kolor słomkowy, jasny, lekko mętny. W zapachu absolutnie nie czuć chili, ale też nie jest to typowy zapach piwa; jest w nim coś delikatnie orientalnego. Przejdźmy do smaku.
Na początku piwo jest zaskakująco zwykłe; lekko słodkawe, mało chmielowe, proste i nieskomplikowane – ot, lekki i przyjemny lager. Potem okazuje się jednak, że producent nie pomylił etykiet i mamy do czynienia z piwem z chili. O bogowie. Pieczenie zaczyna się bez ostrzeżenia i utrzymuje się na umiarkowanym, irytującym poziomie. Niestety, na dłuższą metę jest męczące (choć po jakimś czasie człowiek się przyzwyczaja), bo nie niesie ze sobą większego smaku – w końcu 'wyciąg z papryczki chili', który widnieje w składzie – to prawdopodobnie nic innego, jak kapsaicyna, drodzy Państwo. Zabronione jest dodawanie czystej kapsaicyny do produktów (w obrębie UE), ale można ją przemycić w tymże nieszkodliwym 'opakowaniu'. Nie ma to jednak większego sensu, bo najpierw trzeba by zbudować jakiś smak, który można by nią wzmocnić – tutaj mamy łagodność i prostotę, a to słaba podpora. Zdecydowanie lepiej taki dodatek sprawdziłby się w ciemnym piwie typu porter albo dark ale, bo fajnie mógłby wydobyć ich aromat i skomponować się mocą. Naszym zdaniem jednak lepszy efekt dałoby dodanie do procesu produkcji jakiejś ciekawej papryki, np. tabasco lub pimento :)

W GŁOWIE

Jako piwo dla koneserów gatunków i wszelakiego kraftu jest to produkt zupełnie przeciętny i z czystym sumieniem można go sobie odpuścić. Dla Ostrożerców i wszelakich chiliheadów będzie to po prostu ciekawostka. Można spróbować, ale nie oczekujcie fajerwerków. Sama ostrość to przecież nie wszystko :)


Gdzie kupić: spróbujcie we wszelakich Alkoholach Świata. Ten pochodzi z Chmielaków Krasnostawskich. W zwykłym spożywczaku raczej go nie uświadczycie, ale kto wie (no chyba, że jesteście z Radomia :)).


wtorek, 24 listopada 2015

W poszukiwaniu słońca: kurczak z pieczonymi warzywami w gruzińskim stylu

Dziś rano przywitał mnie na trawie spodziewany, aczkolwiek niechętnie witany gość: śnieg. Z zimnem nie lubimy się za bardzo, postanowiłam więc, że koniecznie trzeba się nieco rozgrzać... 

Tak powstał inspirowany gruzińskimi aromatami kurczak z pieczonymi warzywami. Samo mięso jest intensywnie pikantne i ma wspaniały, dymny aromat, dzięki dodatkowi adżiki i wędzonej papryki, którą szczerze uwielbiam. Zupełnie nie ma jej co porównywać do standardowej czerwonej papryki dostępnej w supermarketach... 
Papryka wędzona, jak sama nazwa wskazuje, przed samym suszeniem przechodzi przez proces wędzenia, który niesamowicie ją aromatyzuje. Mogłabym ją z czystym sumieniem sypać do wszystkiego, ale nie chcę, żeby mi się za szybko znudziła ;) 
Adżika jest natomiast bardzo ciekawą przyprawą pochodzącą z terenu Kaukazu, której silny aromat od razu kojarzy mi się pieczonym kurczakiem albo ziemniakami. Mocno intensyfikuje smakowo mięso. Większość jej składu stanowią dość pikantne rzeczy (duuużo chili we wszelakich postaciach!), więc idealnie tutaj pasuje. Warzywa natomiast zostały dość hojnie potraktowane klasyczną Chmeli Suneli, gruzińską przyprawą ziołową, która fantastycznie wydobywa ich aromat. Jeszcze tylko garść orzechów i 'jesteśmy w domu', choć szczerze mówiąc, wolałabym być teraz gdzieś na Bałkanach :)
Oczywiście do podania „troszeczkę” ( cudzysłów jest zamierzony, ponieważ to się nigdy nie kończy na „troszeczkę”!) harissy, jeśli jeszcze komuś za mało ostrego. Alternatywnie polecam ajwar, czyli bałkańską pastę z papryki i bakłażana - dużo bardziej łagodny, ale sprawdzi się idealnie w tych klimatach.

Gruzińskie wino obowiązkowe!
Jakoś od razu cieplej się zrobiło... :)

Kurczak z pieczonymi warzywami w gruzińskim stylu

Poziom trudności: banalne!
Poziom ostrości: ***/****

Składniki:
(dla dwóch osób)
  • pół średniej wielkości bakłażana
  • 1 czerwona papryka
  • 1 duża cebula
  • 7-8 średniej wielkości pieczarek
  • duży ząbek czosnku
  • 2 łyżki dobrej oliwy
  • 500 g piersi z kurczaka pokrojonej w kostkę
  • garść drobno posiekanych orzechów włoskich
  • 1 duża łyżka przyprawy Adżika
  • 1 łyżeczka wędzonej słodkiej papryki (lub ostrej, w zależności od poziomu ostrości, jaki chcemy uzyskać)
  • 1 duża łyżka przyprawy Chmeli Suneli
  • sól, pieprz

Do podania:
Te wyjątkowe przyprawy i sosy możecie teraz kupić w naszym świeżutkim i ostrym sklepie internetowym BĘDZIE PIEKŁO! Serdecznie zapraszamy, dla nowych klientów rabat 10% na wszystko! :)


Sposób przygotowania:


Warzywa myjemy, z papryki wycinamy gniazdo nasienne, wszystko kroimy w grubą kostkę (3-4cm), pieczarki kroimy na ćwiartki, wrzucamy do dużej miski. Obieramy czosnek i siekamy go drobno, dodajemy do warzyw. Przyprawiamy pieprzem, solą i Chmeli Suneli. Polewamy oliwą, mieszamy, żeby wszystko było równomiernie pokryte przyprawami.

Kurczaka pokrojonego w kostkę wkładamy do miseczki, przyprawiamy solą, pieprzem, papryką i Adżiką. Mieszamy, następnie dodajemy go do miski z warzywami, mieszamy. Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni, warzywa z kurczakiem przekładamy do natłuszczonego (np. oliwą) naczynia żaroodpornego, posypujemy posiekanymi orzechami i pieczemy pod przykryciem 30 minut. Po tym czasie ściągamy przykrycie i dopiekamy jeszcze 15 minut (termoobieg).
Podajemy z harissą lub ajwarem :)




Smacznego!

piątek, 20 listopada 2015

Oj, BĘDZIE PIEKŁO...

Tak! Wreszcie się udało! :) Z dumą zapraszamy do naszego sklepu internetowego www.bedziepieklo.pl Znajdziecie tam naprawdę OSTRE rzeczy - sosy, aromatyczne mieszanki przypraw oraz różne dziwne produkty Kuchni Świata. Asortyment stale się powiększa... :)
Zachęcamy do zajrzenia - i eksperymentowania! :)

Pozdrawiamy i życzymy OSTREGO dnia! :)


wtorek, 29 września 2015

Dyniamit wśród zup! Pikantna zupa dyniowa z chili i imbirem

Jako, że za oknem zrobiło się (niestety – bądź nareszcie!) trochę chłodniej, zaczęła chodzić za nami jakaś zupa. Z czego? Z dyni oczywiście! Jest to wbrew pozorom niesamowicie wszechstronne warzywo. Oprócz wykonania lampionów na Halloween dynię można piec, gotować, dusić na wszelakie sposoby, pichcić z niej dania zarówno na słodko jak i na słono. Tak naprawdę – wszystko, co podpowie Wam wyobraźnia! Polecamy przetestowanie jej na kilka sposobów, zwłaszcza, że sezon w pełni. Na straganach i w sklepach oprócz klasycznej dyni zwyczajnej możecie napotkać parę odmian wartych kulinarnej uwagi:
  • dynia Hokkaido – to niewielka, jasnopomarańczowa dynia, idealna do zup, pieczenia i duszenia
  • dynia piżmowa – dynia o kształcie gruszki i złocistym miąższu. Bardzo ceniona za aromat i maślany smak. Świetnie sprawdzi się w zupach i deserach.
  • dynia makaronowa – podłużna, żółta, mała dynia. Jej miąższ po ugotowaniu przypomina spaghetti, które może z powodzeniem zastąpić.
  • dynia japońska (kabocha) – spłaszczona, ciemnozielona dynia o słodkim i kremowym wnętrzu. Idealna do deserów!


Którakolwiek z nich nie przypadłaby Wam do gustu, zachęcamy do przetestowania jej możliwości w pikantnej zupie dyniowej :)
Rozgrzewająca jesienna zupa dyniowa z imbirem i chili

Danie to polecamy amatorom korzennych klimatów. Dzięki dodatkowi imbiru i gałki muszkatołowej nabiera wspaniałego aromatu! Im więcej chili – tym bardziej rozgrzewające działanie :) Poza tym, przepis jest tak banalny, że nawet najbardziej oporni 'kucharze' doskonale dadzą sobie radę.

Składniki (na 4 porcje)

1,5 kg dyni (świetna będzie Hokkaido, ale klasyczna również się nada)
2 średniej wielkości marchewki
2 duże cebule
około 3 cm kawałek świeżego korzenia imbiru (jeśli nie macie, można go zastąpić suszonym w ilości około pół łyżeczki)
1/2 łyżeczki chili lub 3-4 suszone strączki
1 łyżka czerwonej pasty curry
pieprz, sól, ziele angielskie, liść laurowy, pół łyżeczki gałki muszkatołowej, łyżeczka oregano, łyżeczka rozmarynu
1,5 l bulionu drobiowego lub warzywnego

Do podania:
kwaśna śmietana lub mleko kokosowe
prażone pestki dyni
żółty ser (opcjonalnie)

Sposób przygotowania:

Dynię ze skórą kroimy na spore kawałki, usuwamy pestki. Układamy na blasze do pieczenia wyścielonej folią, solimy, skrapiamy lekko olejem/oliwą, posypujemy rozmarynem i wrzucamy do piekarnika (200 stopni) na około 40 minut – aż zmięknie porządnie.
W tym czasie siekamy drobno cebulkę i przysmażamy ją na łyżce oleju – na złoto. Wrzucamy do garnka z bulionem. Obieramy marchewki, kroimy je w słupki – również chlup do gara. Dorzućmy tam jeszcze dwie kuleczki ziela angielskiego i liść laurowy dla aromatu. Na bogato.
Kiedy już dynia się upiecze (po ostudzeniu – uwaga na palce!) obieramy ją ze skóry – i oczywiście, wrzucamy do garnka, odpalamy gaz, dodajemy gałkę muszkatołową, chili i imbir (starty na tarce), pastę curry oraz pieprz i sól do smaku. Gotujemy wszystko radośnie aż do zmięknięcia marchewy, po czym sypiemy oregano, chwytamy blender w dłoń i wszystko dziarsko miksujemy na gładko.
Podajemy z kleksem kwaśnej śmietany, startym żółtym serem i pestkami dyni (oraz – dla tych, co nigdy nie mają dość – ostrym sosem!).

Smacznego!

sobota, 13 czerwca 2015

Musztarda po obiedzie, czyli WIELKI TEST MUSZTARD DIJON

Pierwszy post naszego piekielnie ostrego bloga dedykujemy musztardom Dijon - przysmakom o francuskim rodowodzie.
Ich wyróżniającą cechą – oprócz ostrości - jest zawartość octu winnego, który nadaje im charakterystyczny, głęboki smak. Tradycyjnie musztardy Dijon używano do produkcji majonezu - dodawała mu pikanterii, który sama zawdzięcza dodatkowi czarnej gorczycy (choć obecnie w produkcji stosuje się również gorczycę sarepską).
Nieco mniej ostra od musztardy angielskiej jest również cenionym składnikiem kuchni francuskiej. U nas w domu obecny jest zawsze przynajmniej jeden słoik. W sumie dość uniwersalna, dobra do wszystkiego. Jako że nazwa 'musztarda Dijon' nie jest chroniona żadnym prawem odnośnie pochodzenia geograficznego, nasze mniej lub bardziej rodzime firmy mogą sobie swobodnie produkować mniej lub bardziej udane musztardy.
Z drugiej strony, jest to rzecz łatwo dostępna, choć rozstrzał cenowy bywa nieco powalający. Pojawiło się więc pytanie-zagwostka: czy warto się szarpnąć na rzecz, powiedzmy, ekskluzywnie francuską - czy też bardziej rodzimą i sporo tańszą? Jaki smak, jaki skład? Jakiś czas temu ‘obrabowaliśmy’ sklepowe półki z musztard tego typu i przystąpiliśmy do WIELKIEGO TESTU.
(póki jeszcze cokolwiek zostało w słoiczkach).
I tak, przedstawiamy kandydatów do roli najlepszej musztardy Dijon:

Maille Dijon Originale

Develey Musztarda Dijon

Kamis Musztarda Dijon

Rustica (marka E.Leclerc) Musztarda Dijon




 ------------------------------------------------------------------------------------------------------
Maille Dijon Originale

W RĘCE:

Musztarda o bardzo ładnym, kremowożółtym kolorze. W fakturze widać drobniutkie kawałeczki nasion gorczycy. Ostry zapach wierci w nosie, a w oczach pojawiają się łzy (naturalnie, w naszym przypadku są to łzy radości).
Skład ma prosty (i bardzo dobrze!) który opiewa następująco: woda, ziarna gorczycy (33% - fajnie, że podali), ocet winny, sól, regulator kwasowości: E330 (czyli po prostu kwas cytrynowy), substancja konserwująca pirosiarczyn potasu. Czyli klasycznie, bez udziwnień. W końcu z każdego elementu opakowania krzyczy na na nas informacja, iż jest to ORYGINALNA musztarda z Dijon. Krzyczy o tym również jej cena, która oscyluje w okolicach dyszki za słoik. Trochę dużo dla przeciętnego zjadacza musztardy.

W GĘBIE:

Po pół łyżeczki tego specyfiku z radością stwierdzamy, iż nasze zatoki zostały dogłębnie przeczyszczone. Smak jest intensywny, kwaskowato-słonawy z wyczuwalnym
posmakiem octu winnego i gorczycy. Ostrość jest - rzec trzeba nawet iż mocna - ale naturalna, wyważona, nie góruje nad smakiem. Sama musztarda jest aksamitna i gęsta, co sprawia
że pewna część słoiczka została po prostu wyjedzona palcem (bynajmniej nie wstydzimy się tego).


W GŁOWIE:

Musztarda Maille to naprawdę wysokiej klasy produkt, który zadowoli tych nieco bardziej zamożnych konsumentów (no, chyba że traficie na promocję w Biedronce - 5,99zł).
Całość jest naprawdę naturalna i przyjemna. Nas odstrasza tylko i wyłącznie cena, która jest problemem, jeśli konsumuje się musztardę w takich jak my ilościach (a już zupełnie nie wyobrażamy sobie takiego produktu zużyć do np. zupy cebulowej, która jest wyśmienita z Dijon).

 ----------------------------------------------------------------------------------------------------

Develey Musztarda Dijon

W RĘCE:

 Produkt, który jak dla nas, oprócz oczywistej zawartości, ma jeszcze jeden plus: po jego zjedzeniu zostaje całkiem zgrabna, jak na musztardówkę, szklanka.
Zapach mocno octowy, dość ostry, ale nie wywołujący łez. Kolor można określić jako - cóż - musztardowy (czyli takim trochę brudnożółtym z domieszką brązu). Konsystencja
jest kremowa, fajna, widać też drobinki zmielonej gorczycy. Składniki prezentują się tak: woda, gorczyca (aczkolwiek nie wiadomo ile), ocet spirytusowy (uuu, poskąpili na ocet winny...pewnie stąd ten zapaszek) sól, regulator kwasowości: kwas cytrynowy. Czyli bez chamskiej chemii, ale jeśli chodzi o tradycyjność - jest to zdecydowanie wersja oszczędnościowa. Cena to mniej-więcej piątak za słoik. Ujdzie, biorąc pod uwagę gratisową szklankę - i rzekomo francuski rodowód ('wyprodukowano we Francji') - aczkolwiek to przecież o smak chodzi! Do tego zmierzamy.

W GĘBIE:

Słodko dość. Przy tym octowo, ale nie w chamski sposób. Brakuje trochę głębi, jeśli chodzi o smak, ale jest zdecydowanie przyzwoita, jeśli chodzi o ostrość. Mniej ostra od Maille, aczkolwiek nie sprawia to, że dzieci mogą jeść ją łyżkami. Potrafi zapiec, a przy większej ilości – dosłownie „zatkać” (ach, ten dreszczyk emocji – zakrztusimy się już, czy jeszcze nie?). Wydaje się zawierać jakąś tajemniczą grudkowatość, jeśli chodzi o fakturę, ale na języku jest ona niewyczuwalna. Pewnie kwestia braku zagęszczacza. Albo nie wiemy czego.

W GŁOWIE:

Jeśli chodzi o ogólne wrażenie, zdecydowanie nie jest to czarny koń tych zawodów. Oprócz ostrości i wspominanej wcześnie szklanki – produkt po prostu i zwyczajnie średni w tym zestawieniu. Na ocenie ogólnej zaważył kompromis octowych składników – który przecież czyni Dijon tym, czym jest. Więc teoretycznie rzecz biorąc – jest to trochę podróbka, albo musztarda ‘w stylu Dijon’. No cóż. Dywagacje pozostawiamy specjalistom, musztardę chowamy do szafki i z chęcią skonsumujemy. Bo mimo wszystko da się ją jeść całkiem normalnie i bezkonfliktowo.

 --------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kamis Musztarda Dijon

W RĘCE:

Bardzo ładny,  żółty kolor. Zapach łagodny, słodkawy, bez wyczuwalnej ostrości – za to lekko octowy.  Konsystencja gęsta, gładka, bez grudek i kawałków gorczycy. Skład przyjemnie klasyczny: woda, gorczyca (dalej nie wiadomo, jak jej dużo), ocet winny (hurra!), sól, regulator kwasowości: kwas cytrynowy, przeciwutleniacz: pirosiarczyn potasu. To cieszy. Cenowo również jest przyjemnie: w granicach trzech złotych za słoik. Jednakże, po zapoznaniu się z zapachem, napis „bardzo ostra” wywołuje u nas lekki uśmiech niedowierzania. Spróbujmy więc.

W GĘBIE:

Słodko-kwaskowato-słono. Bardzo fajnie wyczuwalny ocet winny i gorczyca, smak jest głęboki, intensywny. Brakuje tylko ostrości. Jak dla nas - jest dość niewielka. Przy dużej ilości skonsumowanej na raz pojawia się lekka sugestia pieczenia, ale szybko się ulatnia. Słabiutko. Musztarda świetna dla początkujących fanów ostrości.

W GŁOWIE:

Gdyby nie ostrość, Kamis dzierżyłby palmę pierwszeństwa w tej stawce. To całkiem zacny produkt, smakiem nie ustępuje dużo droższemu produktowi od Maille. Ale jeśli chodzi o ogólną ocenę, musi oddać pola starszej siostrze. Bardzo dobra musztarda do dosmaczania sosów, zup i inszych wynalazków, świetna alternatywa kiedy mamy ochotę na coś mniej ostrego.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rustica Musztarda Dijon

W RĘCE:

Kolor brudnożółty z dość dużą sugestią brązu niekoniecznie przypadł nam do gustu. Zapach jest cóż, dość słaby, głównie octowy, ale jest w nim również coś słodkawego, co nam umyka. Jest to produkt marki supermarketowej, a w takich zestawieniach dość rzadko pojawiają się okazy dobre jakościowo. Nie jesteśmy jednak uprzedzeni, a eksperymentowanie i próbowanie nowych rzeczy jest zawsze na plus. Skład: woda, nasiona gorczycy, ocet spirytusowy (badum tss…), sól, kwas: kwas cytrynowy, substancja konserwująca: pirosiarczan potasu. Bez szału, znów oszczędnościowo. Cenowo jest przystępnie, około trzech złociszy. Zabierzmy się więc do konsumpcji.

W GĘBIE:

Niebem byśmy tego nie nazwali. Jest głównie octowo, tak jak przewidywaliśmy za pierwszym sztachnięciem – ale i dość kwaśno. Na końcu wyczuwalna jest pewna słodycz niewiadomego pochodzenia. Sugestia gorczycy też gdzieś tam się przewija. Konsystencja jest fajna, kremowa, ale ostrość znikoma. Nawet nie zapiekło. Ani ziębi, ani grzeje.

W GŁOWIE:

Totalny przeciętniak, ale też trudno było oczekiwać fajerwerków. Jak najbardziej nadaje się do jedzenia, ale mówimy to bez entuzjazmu i większego przekonania. Bo można w podobnej cenie kupić o niebo lepszego Kamisa, który dostarczy nam nieporównywalnie ciekawszych doznań smakowych.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

AND THE WINNER IS…

Zdecydowanie najlepszą musztardą Dijon z powyższego zestawienia jest MUSZTARDA MAILLE!
Plusy za smak, zapach, ostrość i skład. Minus – cena. Aczkolwiek zdecydowanie warto raz na jakiś czas się szarpnąć. Bardzo fajny produkt.

Drugie miejsce zajmuje MUSZTARDA KAMIS
Plusy za smak, skład i cenę – minusem jest ostrość.

Trzecie miejsce – MUSZTARDA DEVELEY
Plusem tego produktu jest ostrość – minusy za skład i zapach oraz nieco dziwną konsystencję

Czwarte miejsce – MUSZTARDA RUSTICA

Plusy: cena, konsystencja. Minusy – smak, zapach, ostrość